wtorek, 1 listopada 2011

Pocisk cd.1

       Od tamtych dziejów minelo przynajmniej 50 lat i nie wiem dlaczego przez tyle lat niczego nie 
       pamietalem, może przypomnę sobie powód tej wieloletniej amnezji.
       Być może za szybko wszedlem w mistyczne aspekty naszej egzystencji tu w materialnym swiecie.
       Być moze może przez to wścibskie zerknięcie pod  kaptur zostalem strącony w niepamięć o tym kim
       tak naprawdę jesteśmy i czym naprawdę są narodziny i śmierć.
       Pozbawiony świadomości dualizmu istnienia, musialem sam do tego po raz kolejny dojrzeć i rozgryżć 
       tę tajemnicę sensu  naszego życia.
       Gdzieś przed wielu laty przeczytalem ,iż czlowiek może uczyć się od innych albo od siebie, ponieważ
       tak naprawdę wszystko wie,tylko musi sobie przypomnieć. Ba okazuje się, iż wszystko już raz bylo,a
       teraz walimy rypley, czyli mamy powtórkę z rozrywki i to doslownie, tak  nasze życie nawet
       najdramatyczniejsze  można okreslić, jako doświadczanie i to z wlasnego wyboru, czyż nie jest to 
       rozrywka?
       Myslę,że każdy wybral swoją drogę by przypomnieć sobie kim jest i co tutaj robi, po co kombinuje
      jak najlepiej  smigać od urodzin do śmierci przed , z którą najlepiej chcialby sie rozminąć. 
      Na szczęscie  ostatecznie nie jest to możliwe.
          
          

niedziela, 30 października 2011

Pocisk cd.


        Wiedzialem ,że "askolki" jak mówil Ojciec na odlamki idą w górę i na bok. Mialem lekkiego "pietra" 
        ale nie myślalem o rezygnacji. Poczuć podmuch i uslyszeć prawdziwy wybuch, jak na froncie, przeżyć
        chociaż namiastkę tego o czym opowiadali wieczorami męszczyżni, gdy zebralo sie im na frontowe
        wspominki.
        Po raz kolejny podpalilem śmierdzacy mieszaniną nafty i benzyny "lont".
        Leżalem w plytkiej brużdzie zaoranego rżyska tak, żeby widzieć wybuch zza pokażnego pnia dzikiej
        czereśni.
        Nie pamiętam czy slyszalem wybuch, nie wiem czy widzialem blysk, nagle poczulem brak powietrza,
        uciekalo mi z pluc.
        Wstalem,  podszedlem na skraj skarpy, by spojrzeć co się wydarzylo,lecz co innego przykulo moją
        uwagę: na skraju tego lasku stala postać z kosą.
        Ruszylem w Jej stronę podszedlem, a Ona zsunela kaptur z glowy ukazując swą mi piekną twarz,
        Nie byly potrzebne slowa weszliśmy w lasek i polożyliśmy się na  zielonym dywanie z roślin, po chwili
        bylismy kochankami, przekazywala mi ,że mamy bardzo malo czasu,że zaraz ktoś nadejdzie z kim
        Ona musi iść i nadszedl ktoś kto Ją zabral. pamiętam,iz poczulem się zdradzony,gdy odchodzila, dziś
        wiem, że tak musialo być,żebym to Ja mógl wrócić.
        Od strony wioski walili ludzie, zbierali się na skarpie przyglając sie czemuś na ziemi, uslyszalem ,jak 
        mówią: no nareszcie się doczekal, a to się zalatwil Diablisko ,podmuch go zabil, no przyznam iż bardzo
        zaciekawilo mnie na kogo tam moi sąsiedzi pomstują.
        No nie bylem zbudowany ,na ziemi dokladnie tam gdzie się ukrylem przed wybuchemleżala moja
        kapsula (cialo).
        Gdyby tak nie pomstowali pewnie by sie mnie pozbyli,ale sluchając ich  "biadolenia" zasiadlem znowu
        za "sterami kapsuly" i ożylem wzbudzając niezlą konsternację wsród nich.
        Ktoś z sąsiadów znalazl mlot i jako dowód poniesli go do mojego ojca, żeby dochodzić praw z tytulu
        popękanych  szyb w oknach ich domów.
        Musialem wszystko powiedzieć co uczynilem nie bez dumy, ja przecież także cos potrafię.
        Wszyscy byli pewni,że skóry calo nie wyniosę z tej przygody i nadsluchiwali kiedy rozpocznę
        "koncert" pod odpowiednią "batutą", ale nie bylo nawet murmurando.
        Ja dowiedzialem się o jeszcze jednym zawodzie, z którym obeznany byl mój Tata, a skórę ocalilem
        dzięki temu,iż znalem Jego kominiarskie zapędy.       
       
         

Pocisk

        Już po jakimś czasie,gdy  zatarly mi się w pamięci spotkania ze Śmiercią dowiedzialem się od kuzyna,
        gdzie leżą niewypaly, byly to pociski artyleryjskie. Oczywiście ponioslo mnie tam pod pretekstem
        odwiedzenia Cioci i z Kuzynem, którego nazywalem wtedy Bratem pojechaliśmy do tzw."owczarni"
        gdzie wygrzebalismy z okopu kilka nieuzbrojonych pocisków.
       Nadawaly sie do wysadzenia w ognisku, ale znalazlem się jeszcze jeden, inny krótszy  bez miejsca na 
       zapalnik,ale z wystającym w miejscu splonki cylindrem. Ten bez problemu mieścil się w moim tornistrze
       i podejrzewalem ,że jest "przeciwpancerny" lub przednią częścią takowego.
       Bez przeszkód przewiozlem znalezisko do domu i rozpocząlem żmudny proces suszenia mojego skarbu.
       Pocisk zawladnąl moja wyobrażnią, w myślach snulem różne sposoby,obmyslalem plany odpalenia
       śmiercionosnego  żelaztwa.
       Zbliżalo sie lato, dni byly coraz bardziej sloneczne, więc kiedy tylko moglem wystawialem mój skarb na
       światlo sloneczne.
       Suszarnię zlokalizowalem na dachu stodoly, pilnowalem by deszcz nie posul moich starań, co dziś
       wywoluje u mnie uśmiech politowania,ale wtedy to byl priorytet. Na widok kazdej chmury wlazilem
       na stodolę i zdejmowalem  pordzewialy pocisk, by nawet za kilka  minut powtórzyć cala operację
       wspak. Nie uszlo to uwagi Ojca,ale usprawiedliwialem te wędrówki przybijaniem plyt piśniowych, które
       stanowily pokrycie dachu. Prztwierdzone byly papiakami, co większy wiatr podrywal je i trzeba bylo
       bez końca mocować te cholerne plyty na nowo.
       Któregoś razu Ojciec nabral podejrzeń co do mojej prawdomówności - taka pilność u wyklócającej
       się dotąd o prawie o każdą robotę latorosli nie byla na miejscu. Wlazil za mną - calość mojej skóry
       jak i przygotowywanej kanonady artyleryjskiej zawisla od mojej sprawności fizycznej i umyslowej.
       Z duszą na ramieniu pozwolilem by pocisk spadl z dachu, patrzylem, jak się stacza i prosilem Boga,by
       nie wybuchl. Nie wiem czyją bylo zaslugą,że po za gluchym odglosem uderzenia o ziemię nie rozlegl się
       inny, który prawdopodobnie unicestwilby by nasze doczesne powloki cielesne.
       Stary spytal co to bylo,ale Ja udalem ,że to kamień przyciskający poluzowaną plytę zlecial, i idę po
       gwożdzie i mlotek.
       Jego mina nie świadczyla, że mi wierzy, więc poszedl w za stodolę gdzie ten kamień mial spaść. Walaly 
       się tam, jakieś kawalki gruzu w trawie,ale byl tam też śmierćionośny mój skarb, znów zwrócilem się z 
       gorącą prośbą do Stwórcy blagając by zeslal chociaż chwilową ślepotę na wscibskiego rodzica. 
       Moja prośba zostala wysluchana, chociaż zamiast slepoty pojawila sie nie wiadomo skąd dorodna
       sąsiadka z, z którą Ojczulek wdal sie w rozmowę. Sąsiadka zaczęla narzekać ,że męża w domu nie
       ma, gdzieś tam pojechal z dzieciakami, a w piecu coś zaczęlo się dymić. Ojciec powiedzial,że to na 
       pewno komin jest zatkany. Na to Ona ,że może by pomógl, bo Ona nie, wie jak i gdzie to się robi.
       Ojciec się znal,bo mówil, że można czyścic od dolu i od góry,na to Ona odp. ,że przydaloby się
       z obu stron, bo ten Jej stary to czyści zawsze od dolu i chyba dlatego często się ten komin zatyka.
       Widzialem te kominy,zaglądalem do niejednego i nigdy nie moglem pojąć,jak może taki przekrój 
       zostać zatkany sadzą, ale często slyszalo się na wsi,że ktoś tam komuś po sąsiedzku tej uslugi nie 
       żalowal.
       Ku mojej uldze ,jak i zdziwieniu Stary nie ruszyl za sąsiadką ale też nie przeszukiwal terenu pod
       stodolą, lecz wszedl do środka i uruchomil sieczkarnię, po kilku minutach zaprzestal  przetwarzania
       slomy na sieczkę,wyszedl i ruszyl w stronę sąsiedzkich zabudowań,kilka razy oglądnal się, jakby
       sprawdzal czy nasz dom jeszcze stoi i wszedl dośrodka. Dziwne ale sąsiadka wlaśnie podlożyla do
       pieca i dym równo walil w górę.
       Pomyślalem sobie ,że Ojciec będzie czyścil Jej komin na gorąco.
       Szybko odnalazlem swój latający niewypal i slusznie mniemając ,iż pod latarnią jest najciemniej
       ponownie umiejscowilem go na dachu stodoly.
       Bylem cholernie ciekaw tego czyszczenia komina od dolu,bo od góry to sam widzialem,jak to robili
       kominiarze,ale od dolu to nie moglem przegapić, więc teraz pobieglem do sąsiadów zobaczyć Ojca w
       roli kominiarza,bylem dumny z niego, bo potrafil wlaściwie wszystko naprawić czy zrobić,tak ,że nie
       potrzeba bylo szukać fachowców, a tu teraz dowiaduję sie ,że i kominiarza może wyręczyć.
       Ba często to wlaśnie Jego proszono o przyslugę by coś tam naprawial, a potrafil i zalutować garnek,
       podbić buty,zrobić kociolek z blachy, wyremontowac poniemiecki motocykl, naprawić uprząż,
       mlockarnię czy snopowiazalkę albo kopaczkę do kartofli.Zawsze staralem się mu przy takich robotach
      towarzyszyć i pomagać- jak moglem teraz odpuścic taką okazję nauczenia się czegoś nowego?
      Sąsiedzi mieli dwóch synów w podobnym wieku ,więc ich dom nie mial dla mnie tajemnic, poszedlem do
      piwnicy, gdzie byly zaślepki do komina,ale nikogo tam nie bylo, wiec udalem się na strych uznając,że 
      Ojciec swą pomoc sąsiedzką rozpocząl od "góry",ale przechodząc na piętrze kolo pokoju, gdzie
      gospodarze mieli pokój od spania, uslyszalem chalas taki sam, jaki wydawaly oparte o ścianę
      wezglowiem duże poniemieckie loża,gdy po nich skakaliśmy.  
     Zacząl od środka pomyslalem,ale jakoś nie moglem sobie przypomnieć, żeby byly tam jakieś 
     zaślepki szybu kominowe go.Nie wszedlem, wpadlem za to na pomysl ,jak oddalić w 
     przyszlości  niechybne zagrożenia dla dolnych części pleców i poniższych parti mojego ciala.
     Wychodząc glośno zamknąlem drzwi i pobieglem do domu.
     Za chwilę dym u sasiadów z komina zgęstnial , a na ścieżce pojawil się Ojciec teraz ogladal się za siebie,
     przyslanial reką oczy i patrzyl na ten dym, minę mial taką ,jakby cudu dokonal.
     Po różnych perypetiach z dosuszaniem pocisku uznalem ,iż czas przystąpic do uruchomienia mojego
    znaleziska i przyczynić się do ubarwienia dość monotonnych wieczorów mieszkańcom mojej wsi.
    Nieopodal  naszych zabudowań , gdzieś w odleglości 400m. bylo dawne żwirowe wyrobisko-skarpa
    porośnieta krzakami z kilkoma starymi czereśniami na koronie.
    Wymyslilem ,że na ustawiony pionowo pocisk spadnie 10kg mlot i spowoduje wielkie BUUUM!.
     Nasączylem naftą odpowiednie sznury i metodą prób ustalalem odpowiednie miejsce przymocowania 
    sznura z mlotem do galęzi czeremchy nad pociskiem.
   
   
    
       
     


czwartek, 27 października 2011

Niesmiertelny c.d.

       Zdumienie,jak zawsze, bezmierne zdumienie i pytanie bez adresata-dlaczego? Dlaczego chcą mnie
       zaciukać? I to w imieniu prawa?  Ha dobrze pomyslane wszyscy potwierdzą ,że wyplynalem i zaczalem
       ,ale "akcja ratunkowa" sie nie powiodla.
      Nagle jakaś część tej akcji stala się zrozumiala- te samochody i otwarta furtka na vipowską plażę, ten
      Gość przed wejściem do wody nie żartowal, ale na spieprzanie bylo już za póżno.
      Sam wlazlem, a raczej wplynąlem w zastawioną sprytnie pulapkę.
      Branżowa motrówka sterowana przez umundurowanego funkcjonariusza szla już calą mocą 
      podniesionym dziobem prując taflę jeziora.
      Sternik liczyl,że sparalizowany strachem  pozostanę w tym samym miejscu,albowiem uniesienie dziobu
      zwiekszylo martwe pole ograniczające widocznosć z przodu lodzi, w którym się wlaśnie znalazlem.
      Mimo zdumienia i totalnego zaskoczenia tym absurdalnym atakiem nie stracilem instynktu 
      zachowawczego, umysl robil swoje.
      Ucieczka w trzciny!- nie, to nie kukurydza wbije się w nie za tobą jezeli uda się ci tam doplynąć,
      nie możesz sie mu pokazać,gdyż skoryguje kurs i nic nie uratuje tej glupiej lepetyny przed spotkaniem z
      metalową burtą.
     - Masz jedyną szansę, podpowiadal, musisz wykorzystać co masz.
     Wiedzialem już co mam i nie zamierzalem się poddawać temu durniowi za sterem.
     Szum spienionej prującym dziobem wody już zlewal się w jeden dżwięk z pracującym na wysokich  
     obrotach silnikiem.
     Ustawilem się w wodzie tak,żeby prawa burta lodzi  mogla minąć mnie o wlos i gdy już byla w bardzo
     niebezpiecznej odleglości, blyskawicznie zanurzylem się z podkulonymi nogami, by na wyczucie odbić się 
     nimi w stronę od zaokrąglonej burty dziobu pędzącej z morderczym zamiarem unicestwienia mnie    
     motorówki.                                                                                    
     Sternik prawdopodobnie mial pilota na lądzie, który korygowal kurs wzgledem mojej pozycji, gdyż
     przy odbiciu nogami od burty spodziewalem się obrócenia mnie w stronę kilwateru, ale tak sie nie stalo
     odbicie bylo bardzo udane, w uszach slyszalem szum wody widzialem ,że plynę  pod wodą bardzo 
     szybko, ale czy  w stronę pomostu w zatoczce?
     Dno się podnosilo i widocznośc się zwiększyla, powoli wypuszczalem powietrze z pluc, mimo,że jeszcze
     się nie dusilem powoli wynurzylem się by zobaczyć gdzie się znalazlem.
     Mój podwodny kros mial wlaściwy kierunek,okolo trzech metrów przedemną  znajdowl się pomost,
     pod który wplynąlem.
     Nikt ze stojących na plaży i w wodzie nie zwrócil na mnie uwagi, wpatrywali się w miejsce gdzie ostatni
     raz widzieli moją glowę znikającą pod wodę.
     Niewidoczny dla "towarzystwa" z plaży i osloniety solidnym palem od strony tafli jeż. obserwowalem
     traz także jako widz manewry motorówki , którą sternik już zatrzymal i wpatrywal się w powierzchnię
     wody, byl już w miejscu gdzie zanurkowalem.
     Z brzegu dpytywali się czy są plamy krwi, a sternik odpowiedzial: że nie ma ,ale leb to na pewno ma
     rozwalony, bo slyszalem ,jak gruchnęlo.
     Wyszedlem z pod pomostu i skierowalem się do furtki wtedy, mlody czlowiek spytal :czy topan tam
     plywal? Gdy potwierdzilem, powiedzial: ale pluca!
     Przy furtce siędziala znana miz widzenia brunetka w wieku balzakowskim, patrząc mi z uśmiechem w 
     oczy glośno powiedziala: to Nieśmiertelny....

środa, 26 października 2011

Nieśmiertelny

Moja komitywa z tak potężną wszechobecną chociaż niewidoczną dla zwyklego śmiertelnika, mistyczną
istotą trwalaby prawdopodobnie do dnia dzisiejszego, gdybym po szczeniacku nie zlamal danego na początku tej znajomości slowa.
Podczas spotkań w glosie "Kosiarki" slyszalem bardzo czule tony, gdy mówila do mnie jak do dzieciaka,albo
uznanie, gdy rozmawialiśmy,jak dorośli.
Ośmielony i liczący na poblazliwość zmylilem idącą z pochyloną glową Śmierć.Udalem,że chcę przed Nią przejśc na drugą stronę drogi,a zajrzalem pod ciemny kaptur.
Ujrzalem przez ulamek sekundy piękną, cudowną twarz, w której natychmiast pojawily się upiorne oczodoly
golej czaszki z wlosami.
-Zlamaleś przysięgę,uslyszalem zawiedziony glos-musisz odejść,to koniec. Smierć odepchnęla mnie od siebie,odgradzając się kosą na calą jej dlugość.
Na próżno blagalem ,przyrzekalem,plakalem, obiecywalem. Musialem się odwrócić i odejść.
Gdy po kilkudziesięciu metrach odwrócilem sie, nie zobaczylem nikogo.
Śmierć dotrzymala slowa, zwielu bardzo śmiertelnych opresji wychodzilem bez szwanku,nawet uslyszalem
kiedyś, po nieudanej próbie uśmiercenia mnie motorówką,wypowiedziane z sympatią zdanie przez obserwujacą tą "akcję" kobietę: to nieśmiertelny ! On wam jeszcze doj...ie"
Dzialo się to pewnego upalnego lata, wywiozlem nad jezioro w wielkopolsce moją rodzinkę, a sam tam dojeżdzalem na wekendy,bowiem prowadzilem malą firmę w branży samochodowej i wykorzystywalem ten letni brak konkurentów na rynku.
Teren byl tak usytuowany,że wąski przesmyk lądu z zabudowaniami wczasowiska oddzielal dwa jeziora.
Jedno z zatoczką i pomostem bylo okupowane przez pracowników z tzw."branży",którzy niechętnie widzieli tam kogokolwiek innego.Byl tam nawet jakiś plot z furtką.
Tak się zlożylo, iż jezioro podrugiej stronie "zakwitlo",więc narzekalem trochę,że nie mogę poplywać w czystej woadzie.Wtedy kolega powiedzial,że te drugie jez. jest czyste. Oczywiście poszedlem sprawdzić i owszem za plotem woda czyściutka,tylko furtka zamknięta,ale wsród czcin byly przerwy,więc z dostępem
do wody nie bylo problemu.Kolejnego dnia sytuacja odwrotna-furtka otwarta,a przepusty miedzy trzcinami
zastalem pozastawiane samochodami,więc i Ja postępuję odwrotnie, mrucząc pod nosem niecenzuralne
opinie o posiadaczach blaszanych kast na kolach wchodzę na niechętny teren. Z tą chwilą zaczynam się dziwnie czuć, wszyscy "branżowcy"gapią sie na mnie, ale nikt nic nie mówi.
Lubię plywać i nie mam żadnych obaw przed wodą,ale tutaj czulem nieracjonalny niepokój, jakąś obawę
przed wejściem do wody. E-tam skwitowalem strachy w duchu, jeszcze stalem po kostki w wodzie, gdy
podszedl jakiś gość i zapytal glośno czy chcę polywać, a odwracając glowę powiedzial cicho bym lepiej spieprzal.
Dlaczego mam kurwagon spieprzać, co to za banda palantów-pomyslalem i wszedlem do cieplej ,jak zupa
wody.
Jezioro bylo w tym miejscu jakby szeroką na 70-80m rzeką z przyczepioną zatoczką z ,której na nią wyplywalem. Nabrzegu towarzystwo wzajemnej adoracji, jak okreslilem "branżowców" wstalo z leżaków i
wygapialo się w moją stronę- no czlowieka w wodzie nie widzieli? -pomyślalem leniwie plynac "żabką"
Uslyszalem warkot motorówki, zza czcin może w odleglości 200 m wyplynęla duża motorówa patrolowa
w której widzialem umurowanego 'branżowca" za sterem. Bylem na środku pasa wody, więc skierowalem sie w stronę czcin by nie być na kursie zbliżajacej się lajby,ale sternik obral podobny kurs zwiekszając szybkość, zdziwiony skierowalem sie wstronę zatoczki skąd wyplynalem,ale motorówka również obrala kurs styczny z moim.
Jeszcze myślalem ,że to przypadek,że motorówka zawija do zatoczki ,tam byl pomost, ale jej kurs byl znów obrany na mnie. Zatrzymalem się mniej wiecej na środku wodnego pasa, czekalem na wyjasnienie sytuacji, no i za chwilę wszystko bylo jasne,niewiarygodne,ale jasne- motorówa miala mnie staranować.
Sternik obieral tylko kurs na moja glowę, spojrzalem na brzeg, tam wszyscy, jak w teatrze oglądali  spektakl, nie rozumialem dlaczego ,ale już wiedzialem, jaki ma być final tej sceny.
Znieruchomialem jakbym zrezygnowal, jeżeli naprawdę chce mnie rozwalić to musi zwiększyć szybkość,
myslalem, minęlo kilka sekund i dziób lodzi zacząl unosić się nad wodą, sternik dal calą naprzód. 
  

niedziela, 23 października 2011

Po Misji

Dziwne,ale  nie bardzo wiem, z jakiej przyczyny przerwalem pisanie moich paranormalnych wspomnień.
Ciekawe, ale tak mam,że gdy przydarzy mi się przerwa w w jakimś systematycznym z zalożenia dzialaniu, to
niestety zwykle na dlużej. Cóż widocznie tak ma być, a być może jest to temat do przepracowania podczas
aktualnego mojego wcielenia?
Dostalem maila zachęcającego, zbiega sie on akurat i z moją chęcią do kontynuacji pisania na blogu.
Przeczytalem co juz popelnilem wcześniej i spodobalo mi się,ale muszę przeprosic ewentualnych czytelników za brak korekty w dotychczasowych postach, zwykle pisalem pózno.
''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''
Tak- dzisiaj szkola mogla poczekać, przecież coś mi sie należy za uratowanie Wszechswiata, przed czymś
o czym sam mialem już mgliste pojecie, zwlaszcza, że nie wypadalo nawet we wlasnym mniemaniu narażac
się na spostnowanie cichego bohatersta z tak prozaicznego powodu,jak nie odrobione lekcjee.
Cóż męska decyzja zostala podjeta na rozstaju dróg,gdzie dyskutowali wspomniani mieszkańcy z mojej
wioski.
 Ruszylem dziarsko w obranym kierunku, z pewną obawą ,ze ktoś z nich spyta dlaczego nie idę drogą prowadzącą w stronę miejscowości w której znajduje się szkola, ale na wszelki wypadek postanowilem
się nie odwracać,gdyby mnie zawolano.
Maszerowalem z uczuciem ulgi, że koszmar szkoly przynajmniej w polowie, w dniu dzisiejszym mam jakby
z glowy.
Dziwne, ale spotkalem idąca na przeciw kobietę,która z rozdziawioną miną gapila się na mnie, gdy sie zbliżalem, niby normalnie idąc, blyskawicznie minąlem jeszcze dwie osoby idące w tym samym kierunku ,
coś za mną wolali,ale gdy się ogladnalem byli za daleko, żebym mógl zrozumieć, o co im chodzi.
Czyżby po demną ziemia sie szybciej kręcila,bo po krótkiej chwili bylem na miejscu sensacyjnego wydażenia pokonując niezly szmat drogi.
Milicja już byla na miejscu,zacząlem się wymądrzać i na podstawie tego co zobaczylem powiedzialem,iż obaj denaci wzajemnie się smiertelnie pokiereszowali. Nikt nie kazal mi się zamknąc,jakiś męszczyzna uważnie przysluchwal się temu co mówię, zadal mi kilka pytań, powiedzialem ,że musze iść do szkoly,wtedy On powiedzial,żebym zostal ,wystawi mi usprawiedliwienie, tak naturalny sposób zostalem wciagnięty przez milicjanta w cywilu  do wyjaśniania nocnych wydarzeń.
Nie muszę chyba dodawać, jaką ulgę sprawily mi te slowa, odsuwaly w mglistą dal możliwośc jednostronnej
dyskusji wieczorową porą z wspomnianym już skórzanym pasem,obnoszącym dumnie swoją podwójną
sprzączkę.
Wprawdzie żadnego usprawiedliwienia mi nie napisal,ale nie bylem przez nikogo indagowany w temacie
nieobecnosci, natomiast opowiadalem o tym co widzialem wychowawcy,który prawdopodobnie także byl
na niezlym poziomie rozwoju.




czwartek, 7 kwietnia 2011

Nocna Misja- powrót

Ha, ten ranek zaslużyl coswięcej niż wisielczy humor.
Obudzilem się sam nikt,jak zwykle nie zrobil mi dzisiaj pobudki o zwyklej porze.
Acha czekają, aż będzie już pora odkryć, że raz na zawsze pozbawilem ich swojej synowskiej milości.
Leżalem sobie pod cieplutką pierzyną i wyliczalem ile mi jeszcze tego leniuchowania pozstalo,wynik byl dość krzystny,ale nie wytrzymywal starcia plynną zawartością mojego pęcherza,która z silnym ciśnieniem  próbowala wylać się w cieple pielesze. Blogie lenistwo bezpowrotnie uleglo unicestwieniu, przynajmniej tego ranka.
-Kemor,Keemoooor- wstawaj, rozlegl sie glos matki.
-Ja go obudzę, krzyknąl nie wiadomo dlaczego ojciec- co on tak dlugo śpi?
W glosach wyczuwalem nuty śmiechu i falszu, grali,żeby być w porządku i  zaslużyć na wspólczucie,jaki to szok przeżyli.
No nie moglem sobie odmówić uczestniczenia w tej komedii, pęcherz musi poczekać.
Slyszalem kroki ojca,gdy wchodzil na pietro,a potem otworzyl drzwi i od progu zacząl się drzeć:Akri,
Akri nasz syn nie żyje, Kemor nie żyje, stal  w drzwiach i pokrzykiwal.
Otworzylem oczy udając ,że wlaśnie mnie obudzil,
Ojciec ruszyl w moją stronę wciąz powtarzając-On nie żyje! On nie żyje.
-Ej tato Ja żyję.
- ty wczoraj umarleś synku.
 Chcialem wyskoczyć z lózka, ale on przycisnal mnie lewą reką z powrotem do wezglowia i prawą
 wielka lapą zatkal mój nos i usta.
 Ważyl z 90kg, same mięśnie, malo kto mialby szanse się wyrwać, spojrzalem na drugą strone pokoju,tam w mniejszym lózku ze szczeblami stal mój braciszek i patrzyl na mnie swoimi niebieskimi jak habry oczami, udalo mi się w tym momeńcie wydusić z siebie powietrze, patrzylem w oczy brata i zastanawialem się czy ten dzieciaczek rozumie co sie dzieje,slalem mu rozpaczliwie mysl,żeby wolal matkę, byl jej oczkiem w glowie,więc przybiegnie jak kwoka na ratunek pisklęciu. Maly coś zaczynal rozumieć i uśmiechnąl się, nie tylko ja miewalem stany paranormalne.
Mając pelne pluca powietrza i nie mogąc się go pozbyć czlowiek się nim dusi, natomiast jego brak w plucach powoduje silny  ból.
Zamknalem oczy, lewą ręke trzymalem wyprostowaną prostopadle do tulowia,ale pomiędzy nogami
czule zatykajacego mi drogi oddechowe ojca. Obniżylem ramię najniżej jak się dalo i dwoma szybkimi
 ruchami w górę rabnalem zaciśniętą dlonią go w slabiznę i natychmiast z calej sily zacisnalem dloń na
uczulonych jadrach, chwyt byl celny szybki ,jak i uderzenia.Pozwolilo mi to na wyrwanie się z pod
przyciskajacego mnie do wyra lapska, moglem teraz sie blyskawicznie oprzeć o ścianę i obiema podciągniętymi do klatki piersiowej nogami z calej sily walnąć nogami w ramiona pochylonego z bólu
niedoszlego żalobnika.
Polecial, przewalil się do tylu na podlogę uderzając dość slabo ku mojemu żalowilepetyną o lóżeczko brata.
Wściekly, jak wiecznie szczekające psy sąsiada,  wyskoczylem z lóżka i bosymi stopami staralem się dokopać gramolącemu się z podlogi tatusiowi.Jakże żalowalemże nie jestem obuty.
Teraz zjawila się mamusia, no i w sama porę, bo ojczulek już wracal do siebie i bylo by za moment ze mną krucho.Jednak widzialem ,że się przestraszyl  tej mojej furii , obaj wiedzieliśmy,że karty od dzisiaj byly na stole.
Rezonu jednak nie stracil i poskarżyl się, że chcial mnie obudzić ,a ja jak "korszun" rzucilem się na niego. To diabel! Lepiej go zabić, bo on nas wykończy, patrzyl wyczekująco na matkę,ale ona powiedziala, no jazda ubieraj sie i do szkoly, już jest pózno,a ze szkoly przyjdż prosto na pole,do buraków.
No nie byl to dobry moment teraz mi rozkazywać, rozgrzany zwycięską walka,stalem się hardy,więc
coś tam odburknalem,ale do buraków ani mi się śnilo. Stary nieżle wyszedl na poturbowanym kroczu, chyba  sie przyznal co chcial zrobić,bo matkę nie latwo mozna bylo wywieść w pole,więc umywal się od pracy z powodu bólu w pachwinie. Żeby nie byc goloslownym to malo się ruszal ,a jeżeli musial to  na szeroko rozstawionych nogach, domagal się przykladania kompresów,co rokowalo szybszym powrotem do bardziej czynnej obecności w pracach gospodarskich.O ile pamietam, to okladanie kompresami  na dość dlugo odrywalo matkę od zajęć.
Idąc do szkoly pomyślalem ,że ten dzień daje mi takie fory,że mogę bezkarnie pozwolić sobie nawet na wagary,zwlaszcza ,że w środku wsi stala powiększająca się grupka wokól jednego z mieszkańców, który już od przynajmniej dodziny opowiadal z przejęciem o zabójstwie dwóch facetów nieopodal
cegielni w sąsiedniej miejscowości, gdzie codziennie z wioski wożono mleko z rannego udoju.
O to coś dla mnie, szkola musi poczekać, najwyżej póżniej tam pójdę,ale teraz szoruję na miejsce zbrodni.


wtorek, 5 kwietnia 2011

Nocna Misja

Ona nie odeszla, siedziala na tym samym starym fragmeńcie jakiegoś muru, usiadlem obok. Śmiesznym
może się wydać fakt,że siedzieliśmy, jakbyśmy mieli ciala, równie dobrze mogliśmy zająć dowolną pozycję  w przestrzeni.
Obok nas leżala napoczęta butelka wódki, przy niej warowaly dwa cienie, malo foremne ksztalty energi
nurzaly się w oparach alkoholowych wydobywających się z  pod korka.
Na dlugo im starczy,pomyslalem do Niej,-może i my "lykniemy"?
-Innym razem, uslyszalem Jej śmiech,ale gdyby bylo możliwe to chętnie,jest  co oblewać, możesz mi wierzyć.Jednak mimo wielkiej zaslugi ,poniesiesz coś w rodzaju kary za zabicie tego tu. Wiem,że
to bylo konieczne, ale gdybyś nie pchnal jego ręki, nie mialbyś udzialu za który poniesiesz odpowiedzialmość, takie są zasady we wszechświecie. Nie traktuj tego w kategoriach  kary
ale jako trudniejszą drogę, dużo trudniejszą. Cieszy mnie Twój "awans",bo wiem, że wygrasz, po wielu klęskach zawsze spadasz na cztery lapy.
Nie podzielalem Jej entuzjazmu, ten awans mialem przed oczami i dzisiaj określilbym go jako "przesrane życie". Cóż trudno,pomyślalem i jak echo Jej glos z pod kaptura.
-Wiedzialam już Cię znam, gdybyś się zbuntowal nie wrócilbyś, dziś byś umarl, wlaściwie to nie zmartwychstal.
-Aaaa to ma byc jeszcze gorzej? Już myslalem jako chlopak.
-Nie nic się nie zmieni, Twój  plan pozstaje bez zmian.
-Czyli wszystko jest postanowione, pozostają tylko drogi wyboru. Wiesz, jak ja się zaczynam czuć, tu
 posiadam moc,a tam jestem popychadlem,tu zbawca na kosmiczną miarę,a tam mam pielić buraki.
-Sam wybraleś, chcesz zapomnieć?
-Nie tylko nie to, tak pomarudzilem.
-Wiem, no i Ci nie zazdroszczę.
-Ja tobie też nie.
Nasz śmiech w jakimś fragmeńcie musial dotrzeć do uszu ludzi przy cialach, gdyż zaczęli się żegnać  i
rozglądać ze strachem.
-No chlopcze musisz zmartwychwstać, pora do lożka, znowu sie zdziwią, to nie ostatni raz.
Stalem przy lóżku, na sienniku leżalo zimne i mokre cialo malego chudego chlopca.Wzdrygnąlem się
jak zwykle i spadając na nie w obrocie, jakbym nakladal marynarkę wpasowalem się w swoją materialną formę.
-żebym jeszcze nie oberwal,że ożylem, pomyślalem z wisielczym humorem i usnalem przed pobudką.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Nocna Misja

Nie mialem daleko, wyszedlem na drogę, mialem silne cialo faceta okolo trzydziestu lat, nawet
przystojnego. Bylem dorosly.
Co za pokusa i ale i ciężar,że to tylko na mgnienie oka, bo czymże, jest nawet jedna godzina wobec wieczności, jaką  wydawala mi się odleglość,którą  jeszcze muszę przebyć by stać się doroslym w ziemskim wymiarze czasu.
Mimo, iż dokladnie widzialem w tych "egipskich ciemnościach"każdy kamyk, to szuralem nogami niby to potykajac się na wybojach,z  których wlaściwie skladala się nawierzchnia. Cegielnia wprawdzie starala się
jakoś ją utrzymać, ale po każdym deszczu w bardzo przyzwoitym tempie pojazdy wyladowane po granice
wytrzymalości resorów i ogumienia powolywaly dziury do istnienia na calej jej dlugości, tylko obszar znanego już nam skrzyzowania nie poddawal się tej prawidlowości, nie wiadomo dlaczego tu bylo gladko i równo.
Wlaśnie dotarlem do tego odcinka,a po jego drugiej stronie mial się rozegrać dramat, który od rana bedzie sie odbijal echem,jak innym od zaplanowanego, ale nie przeze mnie.
Jeszcze tylko mala przerwa z powodu czynności zwanej fizjologiczną, siegnalem do spodni, by do końca
poczuć sie męszczyzną. No pomyślalem, jest jeszcze jeden powód by te cialo jeszcze nie opuszczalo ziemskiego padolu i jeszcze jedna pokusa dla mnie.
Zaczaili się za skrzyżowaniem, drogi byly obsadzone dorodnymi dębami, więc napad zaplanowali pomiędzy drzewami,gdy minę pierwszego ukrytego za pniem, to drugi nadejdzie od przodu i wtedy udając pijanego
poprosi o ogień do papierosa,.gdy ręce bedę mial zajęte zapalaniem zapalki, uderzą jednocześnie nożami
w bezbronnego wroga. Taka byla pierwsza część planu, druga to upiec następną pieczeń, czyli  wskazać winowajców tej ochydnej przeciez zbrodni, popelnionej z niskich pobudek przez kolegów po fachu.
Po prostu  jeden z nich mial w ciemnościach podrzucić narzędzia zbrodni tym dwóm zdążającym póżniej do pracy, nie sprawilo by też trudnosci spryskac ich ubrania krwią ofiary,a potem kto by sie zastanawial nad "prostą "sprawą!
Od pewnej chwili slyszalem marudzenie podpitego osobnika, nieżle nawet mu szlo , jeszcze nie wywietrzala
mu z glowy spora setka lyknięta dla kurażu.
Z odleglości 15-20 metrów niby mnie uslyszal , -ej ty tam, masz ogień ?daj kkkurna zaapaplić muszę,a te
pieprzone zapalki sa do niczego, skończyly się, Chodż nie bój się,
-Dobra, dobra moczymordo, co się mam bać? Dam ci tego ognia- odpowiedzialem i podszedlem mijając
 tamtego za drzewem.
- A to ty? coś się tak zaprawil, zagailem wyciagajac zapalki.
-Ja ciebie tez znam, pracujesz w tej cegielni. Ciężko jest ?, zaśmial się troche nerwowo.
-No ciężko
-Mam dla ciebie dobrą wiadomość, niedlugo bedzie lżej, he,he.
 Marudzilem ze znalezieniem zapalek,więc improwizowal rozmowę.
-Tak? zdziwilem się grzechocząc zapalkami , -a ty skąd to wiesz?
-Ja wiem,Ja dużo wiem, daj ten ogień k...a w końcu,
 Uslyszalem leciutki skrzyp szutru za sobą,obaj trzymali ostrza w dloniach.Byli zgrani niejedno ich lączylo.
 Czas minąl i juz nie czekali na blysk zapalki, instynkt podpowiadal im,że im pózniej tym może byc gorzej,
 ofiara może coś wyczuwa,a to grozi komplikacjami i wielkimi klopotami, mocodawcy nie poblogoslawią, za 
 fuszerkę.
To byl ten moment, blyskawicznie zszedlem z lini ciosów robiąc krok prawą nogą w bok z obrotem w stronę napastników,tak że stojąc mocno na lewej moglem zlapac nachwytem prawe przedramię atakujacego mnie z tylu na wysokości nerek i pociągajac je w stronę tego z papierosem wbić mu ostrze noża w tulów, mocno
uszkadzając watrobę.
Mocno szarpnięta w górę reka wypuścila wbity bagnet, zadalem mu silny cios w podbródek, tak,żeby jeszcze nie upadl,ale kolana odmówily mu posluszeństwa i wtedy zobaczylem ,iż także dostal
po kolezeńsku, mial także śmiertelną ranę.
Mruknalem z uznaniem, to byli dobrzy fachowcy.,wlaściwie wyręczyli mnie w tej mokrej robocie.
Nie mogli jeszcze umrzeć, Śmierć powinna być jeszcze w innym rejonie i czynić swoje.
Pierwsza część planu zostala zrealizowana, opryszki trzymali się życia i wygladalo, że wytrzymają akurat tyle ile bedzie trzeba-twardziele.
Żeby akcja sie powiodla musialem przed nadejściem wspólpracowników wycofać się w stronę skąd przyszedlem, cofnalem się prawie do polowy drogi i czekalem ,aż Oni nadejdą i mnie miną, wtedy odczekawszy trochę ruszylem za nimi tak, żeby ich nie dogonić przed miejscem niedawnej walki, lecz aby mnie już slyszeli. Tak też się stalo.Ciemność juz nie byla tak gęsta, jeden z nich potknal się o cialo
umierającego tam gdzie go zostawilem. Zaświecili zapalkami i stanęli, jak wryci ,nie wiem czy slyszeli jak chaotycznie tlumaczylem się ,że zapilem i w efekcie zaspalem.
Rozgladajac się nie widzialem drugiego rannego. "Wlączylem" trzecie oko i zobaczylem ,że poczolgal się w
stronę murku, gdzie siedzieli przed zasadzką, zostawili tam nie do końca opróznioną butelkę, żeby oblać robotę.
Szybko tracil sily,ale nie rezygnowal i może dopial by swego,ale murek stal się jego opoką ,o którą oparl glowę i znieruchomial.
Zobaczylem nad nim znajomą sylwetkę i blysk kosy.
-Cholera chlopy ratujcie jakoś, zapomnialem z tego wszystkiego, torby z ubranien i śniadaniem i tak jestem spózniony,a tu muszę jeszcze wrócić.
Dobra stary- dzisiaj i tak nikt do roboty nie bedzie mial glowy, widzisz co się stalo ,ktoś go zaciukal,ciekawe  kto? co on tutaj robil, jeszcze żyje, wal do domu i zawiadom milicję, masz niedaleko.
-Sluchaj odpowiedzialem chodżmy obaj, ty zawiadomisz MO ,a ja wróce do pracy, swoje muszę zrobić,bo
 wsad zmarnieje!
-masz rację, idziemy,a ty zostań tutaj powiedzial do kolegi z którym szedl do pracy.
Śmierć już uspokoila rozedrgane konwulsjami cialo niedawnego lotra.
-Ale cię trzepnęlo, powiedzial idący obok,jesteś jakiś inny.
- E ,tam kaca mam, leb mi pęka,a tam tyle roboty.
-Na kaca najlepsza jest praca, zaśmial się zadowolony z dowcipu, ale po robocie to trzeba będzie poprawić, jest oczym pogadać nie?
Doszliśmy do "mojej" furtki.On poszedl dalej ,a ja zdalem swoje "opakowanie rodzonemu wlaścicielowi"


 




niedziela, 3 kwietnia 2011

Nocna Misja

Jeszcze dobiegly mnie slowa: wot patrz zdechl, będzie spokój z tym zdechlakiem, -aż k.... jego mać kto teraz będzie za niego robil, teraz nie bedziesz za babami latal,może i dobrze, ale jutro mial iść pielić buraki.
Nie sluchalem już dalszych żalów rodzinki nad moim cialem. Poczucie ważności zleconej misji calkowicie usunęlo cień zawodu z powodu utraty moich zludzeń co do więzów rodzinnych.
Niedaleko za lasem byla cegielnia z kopalnia gliny. Pracowal tam męszczyzna, który mial jakieś szczególne
znaczenie dla stabilności trwalej równowagi pomiędzy mocami światla i ciemności, która wyrażnie nie pasowala tym drugim. Jak już wspomnialem Ciemna strona mocy znalazla sposób na zachwianie ustalonego i nienaruszalnego porzadku naszego wszechświata.
Ten czlowiek musial żyć za wszelką cenę, a dzisiejszej nocy mial zostać zamordowany przez dwóch zaczajonych na skrzyżowaniu szutrowej drogi przed cegielnią.
Dobrze znalem ten teren z racji, że w tej miejscowości mieszkala siostra mojej matki,którą odwiedzalem
kiedy tylko moglem, więc tę drogę znalem od zawsze.
Gdybym poszedl jako chlopak Go ostrzec, to nawet gdyby mi uwierzyl i poszedl inną drogą,nic w zasadzie
by po za odroczeniem nie zmienilo, ale prawdopodobnie by nie uwierzyl w moje rewelacje i wszedlby, jak w  lwią paszczę.
Musialem Go przejąć, Ci dwaj zaczajeni w czarnej nocy nie mieli ze mną żadnych szans, ich los byl już przesądzony. Potrzebna byla tylko odpowiednia aranżacja, by skutek zasugerowal przyczynę tego co się
wydarzylo tej nocy.
Męszczyzna doglądal i kończyl proces wypalania cegiel, więc z obowiązku  przychodzil wtedy do pracy
dużo wcześniej,po nim przychodzili umówieni dwaj inni by kontynuować wychladzanie pieca, tak by calkowicie nie wystygl i po wymianie wsadu rozpocząć nastepne  wypalanie surowych cegiel.
By mój plan sie powiódl musialem przejąć cialo Wypalacza i jako On stawić czola zaczajonym rzezimieszkom. Z tym mimo pewnych obaw nie mialem problemu, już na mnie czekal obok swego ziemskiego "siedliska", które przybylem "wypożyczyć". Ha,ha znaliśmy się,byliśmy jednym w dwóch, więc
nie musieliśmy nic sobie przekazywać, ciekawe gdzie jest reszta, pomyślalem o brakującej szóstce z naszej calości, gdzieś realizującej boski plan.
Dopasowalem się do nowej "obudowy",jak zawsze pierwsza chwila jest niezbyt przyjemna,ale trwa to króciutko i już wszytko się dostroilo.Nie przewidywalem klopotów ze sprawnością,więc pozostawilem
Go śpiącego by udać się na ponure skrzyżowanie. Tam zawsze bylo bardzo ciemno od kiedy pamiętam,
czasem musialem wracać do domu od Cioci gdy się zmierzchalo, to w tym miejscu już byla ciemność, z
 ulgą wychodzilem na jaśniejszą przestrzeń,gdzie nie raz dostawalem wycisk,od zaczajonych na mnie rówieśników peryferyjnego osiedla. Obladowany zakupami,czy glówkami kiszonej kapusty, bylem latwą zdobyczą, a w domu dokladka za uszkodzone wiktualy, czy brak czapki zajętej na poczet kontrybucji.
Teraz uśmiechalem się , na myśl ,że po dzisiejszej nocy ta krzyżowka nabierze jeszcze mroczniejszej slawy.
Nawet korcilo mnie, aby napelnić moim przesladowcom majtki produktem przemiany materi, ale odebral bym im mozliwość zaznania tego dobrego czym mnie częstowali, więc niech spią spokojnie, aż  czara ich czynów się wypelni.
Skrzyżowanie tworzyla szutrowa wygięta wluk nitka do której dochodzila druga od strony cegieni wpasując
się w ten luk,a jej przedlużenie zarośniete trawą prowadzilo w pole. Tam może trzydzieści metrów dalej, na
jakimś fragmeńcie murku siedzieli paląc ukryte w dloni papierosy dwaj męszczyżni, sprawdzając nieznacznym gestem czy wyostrzone ostrza tkwia na wlaściwym miejscu. Rozmawiali pólglosem nie obawiajac się że ktoś ich podslucha gdyż nawierzchnia drogi w tym miejscu nie wiadomo dlaczego odbijala
odglos stawianych kroków, jakby się szlo po pustym pod spodem,więc z daleka bylo slychac każdego kto się zbliżal do skrzyzowania.
Stalem niewidoczny przy nich, mieli opracowny świetny plan także sugerujący bez wątpliwości przyczynę i skutek planowanej zbrodni.
Wrocilem do Palacza już wstal i  gdy  wypil herbatę  zamieniliśmy się miejscami, ostrzeglem Go żeby nie 
ulegl pokusie i nie ruszal z pokoju,mimo,że teraz jest duchem. Duchy też mogą mieć klopoty.




  

sobota, 2 kwietnia 2011

Czy bez śmierci istnialo by życie?

Wracając do poprzedniego posta. Wiwm ,wiem dość naiwne i dziecinne zakończenie spotkania z Diablem,ale jakie bylo inne wyjście ? Jak by ktoś mial lepsze rozwiązanie bardziej dorosle, proszę niech napisze. Ja wtedy bylem dzieciakiem i tkiego mnie widziano, a Diabel jest zapewniam, Śmierć tam śmiejąc się przepowiedziala mi  niejedno spotkanie z nim.
Nie wiem, jak potoczylo by się moje życie, gdybym dotrzymal danego  przyrzeczenia,wszak zdobylem w jakimś zakresie Jej zaufanie.
Któregoś wieczoru dostalem niezwykle zadanie. Ona byla gdzieś bardzo zajęta i ktoś chcial to wykorzystać, ze zdumieniem dowiedzialem się,że i Ona ma wrogów,że są sily starające się pomieszać Jej szyki w szafowaniu śmiercią w tym wypadku życiem. W zmaganiach wielkich energi zwanych Dobrem i Zlem wszystkie chwyty są używane przez ciemną stronę,zaś
Dobro ma ograniczone możliwości w tym względzie, musi się ograniczać do wszystkiego co dobrem jest. Nie jest to malo ,ale  Zlo caly czas kombinuje, jak Dobro do parteru sprowadzić
Tak bylo tym razem. Śmierć zostala osaczona, tak że otworzyla się w moich okolicach furtka dla Ciemności .Zlo mialo pionka który mial zniszczyć nie chronioną  przez Śmierć w tym czasie figurę, której czas jeszcze nie nadszedl. Smierć bez udzialu Śmierci mialaby katastrofalne skutki dla ustalonego porządku wszechświata. Mógl powstać wylom prowadzący do skażenia istotyBoga na niższych poziomach.
Wszystko to zostalo przekazane mi w ulamku sekudy, zrozumialem,że muszę "wyjść".
 Wzbudzilem  wielką podejrzliwość w skolatanych umyslach rodziców oświadczając ,że idę spać.
Zwykle to nie można mnie bylo dużo pózniej zagonic do lózka, a tutaj nagle bez żadnych objawów chorobowych, robię wylom w swoich zwyczajach, oczywiście natychmiast padlo podejrzenie- coś zbroil i wieje,myśli,że mu się uda. Takie myśli byly zwykle bezpodstawne,ponieważ nieraz wyciągano mnie betów ,żebym posluchal rozmownego pasa,na którego argumenty odpowiadalem okrzykami slyszanymi przez pól wioski. Rozpoczęla się indagacja i naklanianie ,żebym sie przyznal do wszystkiego to może lania nie będzie i o nie polewanie H2O czegokolwiek chodzilo.
Moja misja być może jedyna taka w dziejach wszechczasów zawisla na wlosku z mysiego ogona.
Szyki moich prawnych opiekunów nagle znalazly wspólną plaszczyznę, homesowskie zacięcie wykrycia niechybnej zbrodni z moim udzialem z jednej strony,a wymiar karny z drugiej,gotów osądzić i wymierzyć sprawiedliwość  niekoniecznie wlaściwej wysokości,a raczej z tendencją do szczodrobliwości.
Poczulem moc i bylem zdecydowany popelnić zbrodnię, by się uwolnić ,wszak byloby to stosunkowo male zlo,ale wgląd w przyszlość nie byl z tego powodu budujący, (zbrodnia jest zbrodnią bez zgody duszy)
Cóż musialem improwizować i  wymyślilem na poczekaniu niecny czyn odpowiedniej wagi, przeprosilem, dodając coś o ich przenikliwości. Powolalem się na obietnicę unknięcia kary ,wszak się przyznalem!
Po kilku minutach polajanki bylem wolny. W mig wskoczylem do pościeli na slomianym sienniku, zaczynalem procedurę wyjścia gdy uslyszalem idącą po schodach zdawaloby się już udobruchaną ekspedycję karną .
Nie czekalem, na kontakt z ich gadającym na jedno kopyto pasem, "wyszedlem." Grożna ekipa zapaliwszy światlo skontastowala,że ich latorośl przeniosla się w zaświaty. Czy to z żalu,że rozrywka przeszla im kolo nosa ,czy ze zlości,że już nigdy... moja powloka zostala jednak obdarzona ostatnim namaszczeniem.

Czy bez śmierci istnialo by życie?

Wczoraj napisalem,że dziwne ale nie spotkalem nikogo kto by potwierdzal istnienie postaci Smierci.
Szybko nastapila weryfikacja. Dziś dowiedzialem się ,iz komuś się pokazala wprawdzie nie bezposrednio za
pomocą paranormalnego zmyslu wzroku,ale przy pomocy techniki. Może zacznę od początku, mam pod czasową opieką 16-to letnią dziewczynę. Zapytala mnie czy istnieją duchy,a potem : czy Smierć istnieje jako postać? Dopytywala się się o Jej  wygląd,sama uzupelniala szczególy,  jaki jest plaszcz ,jak szerokie rękawy czy pochylenie glowy ukrywające twarz pod kapturem, stwierdzila pytająco jak umocowana jest kosa i pokazala gestem, na końcu spytala czy kosa jest wysoka jak postać?
Nie mogla czytać co napisalem wczoraj,ale sprawa sie wyjaśnia,że to opowiedzial Jej Tato placząc przytym jak dziecko. Tata imprezowal kiedyś z kolega i zmęczony "uroczystością" usnal na siedząco. Kolega zrobil mu w tym czasie zdjęcie. Poczekal aż się obudzi i mu je pokazal.
Obaj zdębieli, na zdjęciu za śpiącym Ojcem byla wyrażnie widoczna zakapturzona postać z kosą.  
Męszczyżni gapili się, niewierząc wlasnym oczom ,ale Śmierć nie znikala mimo wylączania telefonu,istniala
 na zdjęciu,aż zaczęlo świtać, wtedy znikla,na fotce pozostal tylko śpiący męszczyzna.
Wnioski pozostawiam czytającym, na razie się cieszę,że wczoraj napisalem swoje wspomnienia,dzisiaj już bym mógl być posądzony o konfabulacje. Dobrze, iż wspomnialem niedawno jeszcze komuś o tej niezwyklej
znajomości, chcąc zdziebko zbulwersować pewną ponętną sluchaczkę.
Znajomośc ze Smiercią trwala jakiś czas, nawet awansowalem na poslańca, kazala mi czasami uprzedzić, albo ostrzec kogoś w okolicy przed Nią.
Zrozumialem też w jaki sposób tak szybko się poruszam, gdy pozwalala mi sobie towarzyszyć.
Zawsze spokojnie krocząc dochodziliśmy do potężnej Lipy z wydrązonym pniem. Drzewo roslo za wioską przy polnej drodze, tam wlaśnie wchodzilem i pozostawialem nikomu nie widoczne swoje cialo, czyli umieralem,a po powrocie ożywalem.Z początku o tym nie mialem pojęcia,ale z czasem już świadomie
"wyskakiwalem z siebie".
Kiedyś ktos pracujący na polu w pobliżu widzial ,że tam wchodzę.Nie wiem z jakiego powodu nanosil
kartofliska (nać zkartofli) i podpalil pod drzewem.
Widzieliśmy te zabiegi z miejsca gdzie byliśmy, rozpalenie takiego ogniska wymaga trochę zabiegów i czasu
zwlaszcza gdy się improwizuje,więc do pewnego czasu byliśmy spokojni, ale pod lipą zaczelo juz być gorąco
i musialem wracać.
 W międzyczasie podpalacz zwolal kilka osób, z którymi otoczyl kordonem ognisko,wszyscy trzymali
widly w rękach i podsycali ogień unoszac rozpalające się badyle.
Wyskoczylem z drzewa jak filip z konopi przelatując przez ogień, zagadalem do nich żeby nie palili pod tym drzewm bo ono żyje.
Powiedzieli ,że tam jest Diabel i jego chcą spalić.
Odpowiedzialem,że to bujda,a tam nikogo nie ma.
Wtedy zobaczyl mnie podpalacz i z krzykiem skoczyl w moją stronę chcąc dziabnąć nie w żartach mnie widlami.
Nie trafil gdyż usunalem się na bok,  wtedy spóbowal drugi i także pudlo,ąle trzeci się zawachal powiedzialem do niego ,żeby im nie wierzyl.
Zaczęla się dyskusja, podpalacz przekonywal ,że gdybym byl normalny to już bym byl przebity widlami,ale to że nie mogą mnie trafić przemawia na Jego korzyść.
Zacząlem rozumiec dlaczego każąc mi wracać do ciala , powiedziala: nie daj się tam będzie Diabel.
Podpalacz -od niedawna mieszkaniec z drugiej strony wioski byl Diablem., teraz chcial mnie sie pozbyć z widomych tylko sobie powodów.
Znalem gościa z widzenia i ze slyszenia ponieważ już bylo o nim glośno, szybko po sasiedzku doszlo do romansu pomiędzy nim ,a stateczną sąsiadką matka dwojga synów. Wioskowy skandal zakończyl się próbą
skoku w stodole na klepisko przylapanej na niewierności, jako dowodu zachowania cnoty malżeńskiej,co przyrogacony malżonek uznal za niezbity dowód niedopuszczenia nikczemnika do konsumpcji wdzięków
sakramentalnie zastrzeżonych tylko dla niego.
Teraz staral się otumanić chlopków,aby wciągnąc ich na swoja listę zależnych od niego. Podjudzal ,żeby mnie wykończyc,ale ich rękami wtedy mialby wszystkich w szachu.
Nie wszyscy chlopi się wachali i musialem na nich uważać,bezpiecznie nie bylo,gdybym uciekal dalbym dowód Podpalaczowi,że mówi prawdę, nie dając sie trafić widlami, także udowdnialem jego wersję.
Odbillem pileczkę na jego stronę oskarżając go o to samo,że to On jest Diablem i namawia ich do zbrodni
żeby nimi zawladnąć, będa na jego lasce, gdyż tylko on swoimi sztuczkami ochroni ich przed więzieniem.
Zapytalem czy zwykly czlowiek jest silniejszy od Diabla?  Podpalacz zaprzeczyl, więc jestem silniejszy od niego? Nie pozostalo mu nic innego jak potwierdzić,. Bylo 1:1 .
Teraz powiedzialem do Chlopów: będziemy walczyć, sami zobaczycie kto jest Diablem, bo Diabel wygra i
wy go raz na zawsze możecie przepędzić i nikt nie będzie was już kusil.
Nie bylo możliwe żeby taki kawal chlo pa jak Podpalacz niewidocznie podlożyl się dzieciakowi.
Rozumial to ale spróbowal się przewracać i chlopito widzieli,wreszczie się wściekl i ruszyl ostro na mnie,wtedy już bylo wiadome,co knuje.
Męszczyznom spadlo bielmo z oczu i chcieli zrobić użytek z widel inny niż byl dla nich przeznaczony,ale
Nie mogli Diabliska dogonić,ciągle kurzyl im w oczy.
Patrzylem  chwilę za biegającymi po bronowanym polu rolnikami,odwrócilem się i uslyszalem znajomy śmiech, -no wykręcileś się samemu Diablu no. no.



  
Miala wiele pracy i nie tak często widywaliśmy się. Nie rozumialem ,jak może jedna uśmiercać ludzi na calym świecie, pytalem Ją czy ma rodzinę, czy ma kogoś? Nawet sie przyszlościowo Jej oświadczylem,że jak tylko dorosnę  to się pobierzemy i razem będziemy'kosić".
Po jakimś czasie nie musieliśmy się widzieć żeby rozmawiać. Po prostu zaczynalem Ją slyszeć, a Pna slyszala
wszystko co w odpowiedzi myslalem.

piątek, 1 kwietnia 2011

O Śmierci czy bez Niej mogloby istnieć Życie?

Tam w ciemnawej izbie nie bylo czasu. Patrzylem na pelne spektrum kosmicznych dziejów ziemskiego
aspektu duszy Starego.Podczas jego walki na lożu kotlowaly się wszystkie wcielenia w jakich się zatracal,
Byl na granicy unicestwienia,rozbicia na atomy, by nigdy nie wrócić nie odrodzić się jako energetyczna istota,gdyby Nie Ona przechylil by szalę niebytu, ostatnim wykrętem.
Trzymala go w swej niepojetej mocy by zrozumial ,że nigdy nie mial dokad uciekać,wystarczy tylko zrozumieć,że doznal oddalenia,a teraz przyszedl czas na doświadczenie powrotu.Od tej chwili do zakutego  w ludzkie nędzne cialo kosmity zacznie się skradać pokora.
To byla wielka lekcja milości, myslalem ,że Śmierć Go ukarze,a Ona stala w ciemnym kącie i czuwala jak matka przy lożu syna, by sie nie odkryl w goraczce.
Tak potężna dawka wiedzy musiala,a wlaściwie przypomnienia musiala  zostać zablokowana w moim umysle.Wyszedlem i już nie wszystko pamietalem.
Nieświadoma wydarzeń w chacie rodzina starego,wyciągnela wniosek ,że to Ja sprowadzilem na niego niemoc.
Po jakims czasie widząc pojawiającą się w oddali Jej sylwetkę wyszedlem na spotkanie tak zeby spotkać Ja
na widocznym zdala odcinku. Gdy tam dobieglem już Jej nie bylo. Rozczarowany czekalem na inna okazję.
Znów gdy się ukazala,tam pobieglem i znów fiasko ze spotkania. Zrozumialem ,że trzeba pogadać.
Wróciliśmy do wcześniejszej formy kontaktu dziś to się nazywa telepatia. Zapytalem dlaczego ucieka?
Uslyszalem ten cudowny śmiejacy się glos, nie uciekam, widzialem cię, ale nie wiedzielam ,że przyszedleś się spotkać.
Eeee Ty wszystko wiesz,znowu się śmiala. Lepiej się nie zbliżaj, tak jest dobrze, przecież mnie widzisz.
Bylem uparciuchem i najsluszniejsze racje odwodzące mnie od czegoś dzialaly na mnie odwrotnie, chociaż wiedzialem ,iż nie mam racji,nie ustepowalem, cholera wie dlaczego, dziś przeklinam te chwile.
Nie sluchalem nawet Śmierci.
Wkońcu dopiąlem swego, kolejny raz biegnac Jej na przeciw po polnej drodze widzialem Ją przed sobą,
rozradowany chcialem się do niej przytulić ale zmrozila mnie nieprzyjemnym glosem, osadzila mnie wmiejscu wyrażnie zla. Nie pozwalala się zbliżyć musialem iść przed Nią ,nie pasowalo mi to więc szedlem przed NIą ale tylem. Opuszczala glowę żebym nie widzial twarzy ukrytej w glębi kaptura.
We mnie mieszal się męszczyzna i glupi szczeniak, jako męszczyzna widzialem i docenialem proporcjonalnośc sylwetki, z pod dlugiego plaszcza ,jakby zapinanego habitu wychylaly się piękne nogi, dlonie i przedramiona odslaniane przez szerokie rekawy też byly mlode i jędrne, calość super, tylko ciemność pod kapturem byla niepokojąca,ale lagodzil ją gruby jasny warkocz splywający na pierś. Wzrost nie mial znaczenia i tak bylem dzieciakiem.
Powiedzialem Jej ,że jest piękna i ma cudowny glos,że za nia tesknię,a Ona teraz na mnie krzyczy,a ja chcę tylko być blisko Niej.
Wtedy zlagodniala, pozwolila mi iść obok pod jednym warunkiem ,że nigdy nie będę zaglądal i nie staral się
widzieć Jej twarzy.Musialem  to przyrzec.
Byla cudowna, dla mnie popychanego bitego nieraz gwalconego w tej zamieszkalej przez opanowanych przez chuć przybylych ze wschodu mieszkańców,Śmierć byla matką.
Rozmawialem z Nią o wszystkim i o moim życiu. Spytalem kiedy przyjdzie po mnie, odpowiedziala ,że będzie caly czas blisko, ale mam się nie martwić, wlaśnie się martwilem bo chcialem z Nią zostać i być Jej pomocnikiem-tak sobie wymyslilem.
Śmiala się , i powiedziala,że jeszcze nikogo takiego nie spotkala.
Kiedyś  zaproponowalem ,żeby zabrala wszystkich zlych ludzi, niech zostana sami dobrzy wtedy wszyscy bedą szczęsliwi.
Odparla,że to by byla nagroda dla tych zlych,a kara dla tych dobrych. Ona szybko to zabiera dobrych i uczciwych,np dzieci ,a tych zlych zostawia żeby się męczyli. - z dobrymi? dociekalem. To nie jest takie proste.Kiedyś ci dobrzy byli także zlymi, więc muszą to odczuć co zrobili innym-rozumiesz?
-No więc ja bylem bardzo zly kiedyś?
-W zasadzie tak, pierwsze jest zlo ,bo jest latwiejsze,potem jest dobro o które jest o wiele trudniej,a potem
 to trzeba dać przyklad i sprawdzić samego siebie.
- To kim ja jestem?
-Zobaczymy gdy po Ciebie przyjdę.
-A  nie umrzesz, mówilaś,że jesteś bardzo stara,a ja mam dlugo żyć.
Jak ona sie serdecznie śmiala.
Po dlugim jamraniu zgodzila się pokazac mi jak wykonuje swój obowiązek,czyli powoduje smierć.
Szla po kogoś w okolicy i zabrala mnie ze sobą. Mieliśmy do przebycia kilka kilometrów,ale zaraz za wioską zrobila coś ,że śmigaliśmy ponad ziemią na stojaco i raz dwa byliśmy w mieszkaniu gdzie leżal chory
czlowiek.
Zobaczylem wtedy przyjaciólkę"przy pracy". Do czlowieka dociera energia z kosmosu. Jest to zależnia od jego kondycji struga świetlistej energi, może być slaba lub silna mocna. Ten czlowiek dopiro się rozchorowal więc energia plynela jasną strugą.
Śmierć robiąc zamach kosą nad mającym umrzeć,jak kosiarz przecina  ten strumień energi,który się cofa w górę. Ona wie ile ma jej zostawić,żeby ten czlowiek jeszcze pożyl i coś zalatwil albo się z kimś spotkal.
Temu czlekowi zostawila więcej gdyż miala dojechać chyba Jego wnuczka albo córka i po Jej odjeżdzie mial dopiero umrzeć.



 
  

O Śmierci czy bez Niej mogloby istnieć Życie?

Do tej chwili myslalem o smierci,jako o czyms strasznym  lecz widocznym, jako skutek końca życia,a tu ktoś sie przedstawia jestem: Śmierć.
-To Smierci jest więcej?  Tak masz na imię? pytalem.
 -Nie,jestem jedna,
 - ale jest jeszcze jedna śmierć ta od której umierają i Ty, no to jest was więcej.
 - nie, ja jestem jedna odpowiedziala mi wesolo znikajaca w oddali Postać.
 Na wioskę padl strach,gdy uslyszeli, iż nie dość ,że widzę Śmierć to jeszcze z Nią rozmawiam, no oczywiście musialem im wszystkim to udowodnić,więc moja Przyjaciólka mówila mi po kogo idzie,więc wiedzialem,kto umrze.
Za pierwszym razem wyśmiano mnie, ponieważ przez dwa dni nikt nie umarl,ale na trzeci dzień gruchnelo,że
w okolicy zmarlo się wlaśnie temu obywatelowi. To jeszcze nie wszystkich przekonalo,ale pózniej na wieść,że idzie kostucha ludzie zmykali do domów ,chowali się w najciemniejsze kąty.
Glupcy mysleli ,że Śmierć tak sobie chodzi i wybiera komu żywot przerwać.
Już nikomu do glowy nie przyszlo,żeby mi dokuczać, jedni przymilali się, inni woleli nie mieć ze mna nic wspólnego. Zdażalo się ,że próbowano coś przezemnie wskórać u mojej potężnej znajomej,obiecywano mi
zlote góry, jak ktoś się zle czul i mial cykora,że to już. Pamiętam taki moment ,jak przez mglę.
W pierwszej chacie leżal chory starzec, zaproszono mnie tam ,posadzono za stolem, dano ciastko i herbatkę
Stary zacząl nawijać,że przyjaciele odpowiadają za przyjaciól i mogą dać w ich imieniu slowo itp,
Wiedzialem,że Stary ma jeszcze czas,ale on uknul chytrą intrygę, mialem coś poświadczyć i wziąść jakieś zlote monety i wtedy zobaczylem Ją w izbie. Ona przyszla mi na ratunek,wzialbym nieswiadomie jakieś zobowiązanie wg. planu Starego ,co skomplikowalo sytucję pomiędzy mną i Śmiercią, z korzyścią dla niego. Omamil mnie już i bylem rozczarowany,że sie pojawila.
Natychmiast odebrala mu energię, pozostawiając tylko tyle by mógl w nędznym stanie doczekać swojego czasu.Wtedy zobaczylem,kim byl naprawdę Stary. Jego duch byl potężny, staral się walczyć, szamotal się zdawal się wygrywać,ale spokojna potęga niemocy przytlaczala go coraz bardziej uziemiając w mizernym
już ciele.Byl kosmitą nie poddającym się uniwersalnej regule kosmosu, uciekal od pokuty,calą energie zlych doświadczeń  przeznaczając na obronę przed konsekwencjami.
 W tamtym momeńcie widzialem i rozumialem porzadek wszechświata. Ja wioskowy Brzdąc bylem alfą i omegą. Rozumialem wszechświat.  

O Śmierci czy bez Niej mogloby istnieć Życie?

Nie wiem jakim cudem napisalem, że kabala jest aryjska,podczas gdy jest hebrajska. Prawdopodobnie bląd
powstal z przejęcia, że w końcu piszę tego bloga, gdybym jeszcze wiedzial, że mi powcina gdzieś napisane posty, to nie takie banialuki bym napisal.
Wracam do tytulowej postaci,tak postaci. Dziwne to może sie wydawać,ale jak dotąd to nikogo nie spotkalem ,żeby Śmierć pojmowal materialnie. Mimo iż wszyscy wiedzą, jak wygląda, to myślą,że Jej
wizerunek z kosą  jest wynikiem artystycznej fantazji autora "czterech jeżdżców apokalipsy".
Dla mnie jednak ma Ona jak najbardziej rzeczywisty wymiar,zwiazany ze wspomnieniami z dzieciństwa.
Jak już wspomnialem bardzo wtedy balem sie Smierci, ale kusila mnie tajemnica co dalej,gdzie zabiera swych poddanych. Strach przed nią byl kuszący i stale obecny,ponieważ w gospodarstwie jest niemalo zagrożeń mogących spowodować pójście w Jej objęcia. Wystarczy wspomnieć o wszelkiego rodzaju wirujących czy krojących maszynach, chwiejnych drabinach, dziurawych podestach wysoko w stodolach,
kopiąco- bodących zwierzetach,nie wspominając o ostrych kosach czy widlach w rękach mniej zaprzyjażnionych sąsiadów,a są jeszcze stawy ,studnie, walące się sciany,gotujące kotly.Nie sposób wymienić jednym tchem calego arsenalu, jakim dysponuje czychająca na nasz bląd od pierwszego zachlyśnięcia się powietrzem na tym świecie -Smierć.
Dziś wiem,że nie zdawalem sobie sprawy z tego ,że widzę więcej niż inni, malo tego przez to bylem wyszydzany,śmiano się ze mnie,że jestem glupi.Ten mój strach byl pretekstem do niejednego wybryku ,żeby mnie jeszcze bardziej przestraszyć.Gdy już miara się już wypelnila, sam zapragnalem umrzeć, ale jeszcze przed tym chcialem sie odegrać na moich przesladowcach.
Po jakimś kolejnym przeżytym upokorzeniu, siedzialem na wielkiej gruszy kolo domu i snulem plany wścieklej zemsty na wszystkich,jak dorosne i bedę silny,jeżeli przed tem Śmierć mnie nie zabierze.Patrzylem
na pola w oddali i zobaczylem wysoką bardzo, wysoką postać idącą wśród lanów zboża. Mężczyznę o wzroście ok 180cm bylo widac z tej odleglości od ramion, a postać wystawala prawie od pasa.
Dokladnie widzialem zakapturzoną postać, idacą statecznym, niespiesznym krokiem na pólnoc z kosą w ręku zamiast kostura. Ostrze potężnej kosy poblyskiwalo w slońcu, gdy postać przestawiala kosę idąc z pochyloną do przodu glową w olbrzymim kapturze.
Nagle zatrzymala się i patrzyla ciemnością w której kryla się twarz ,w moją stronę. Nie bylem pewny,ale wydawalo mi się ,że patrzy na mnie. Wstalem i będąc dokladnie widocznym na drzewie niesmialo unioslem
rękę by sprawdzić czy widzi mnie ten niezwykly wędrowiec.Widzial- podniósl rekę w takim samym geście.
Boże ,jak chcialem mieć takiego wielkiego przyjaciela i wydalo mi się,że slyszę jak mi odpowiada,że jest moim przyjacielem,żebym się nie martwil i żebym  zszedl z tego drzewa natychmiast. Zejdż- uslyszalem ze zdziwieniem piękny miękki należący do mlodej kobiety glos. Chcialem jeszcze na Nią patrzeć ale zobaczylem kogoś idącego z dlugim drągiem w moim kierunku i wszystko stalo sie jasne ,mój dzisiejszy  przesladowca chcial sie zabawić moim kosztem. Zsunalem sie po pniu ile się dalo i zeskoczylem na ziemię biorac nogi za pas. Rodziców nie bylo w domu,ale moglem sie w nim schronić przed natrętem.
Od tego czasu co jakiś czas widywalem z daleka tę przyjazną postać,jak miarowym krokiem zdążala na pólnoc polami,a po jakimś czasie wracala i wtedy zamienialiśmy kilka zdań.
Powiedzialem komuś ,że mam przyjaciela którego widuję z daleka,ale nie wiem kim On jest, nie chce się ze mna spotkać.
 Ten ktoś poradzil mi,żebym o to zapytal, więc przy najbliższej okazji tak zrobilem i uslyszalem, że nazywa się Śmierć.

 

wtorek, 25 stycznia 2011

Dlaczego żyjemy?

Poprzedni post powinien być zatytulowany: Dlaczego umieramy.No ale skoro już tak poszlo,
to nie ma co zmieniać zwlaszcza ,iż sam jeszcze nie wiem o czym będzie więcej w tym poście.
To sakramentalne pytanie wykrzyczalem w stodole. Kilka razy powtarzalem: Dlaczego Ja żyję
tlumiąc lkanie,nie mialem na myśli dlaczego jeszcze mnie śmierć nie zabrala, ale pytalem o sens
mojego przyjścia na ten świat.
 Mówili mi ,że Bóg wie wszystko,więc wpatrywalem się w prostokątny otwór trzy metry nademną  do podawania snopków, spodziewając się ujrzeć tam twarz Boga.
Z czasem treść pytania objęla też innych. Siedzialo we mnie, jak drzazga za paznokciem
przez większość mojego życia: dlaczego ,po co, komu jest potrzebne nasze istnienie?
Tam na tej zdradzającej swoją obecnośc kilkoma czerwonymi dachami w pofaldowanym terenie
wiosce nikt nie mógl udzielić odpowiedzi kojącej mój lęk przed śmiercią, ani wyjaśniającej zagadkę
życia w ogóle.
W piękne letnie wieczory kladlem się na cieplej jeszcze trawie i wpatrywalem się w rozgwieżdzoną
kopulę nieba. Zawsze po jakimś czasie ogarniala mnie silna irracjonalna tęsknota,  jakby to
tam gdzieś na na którejś z ledwie widocznych plejad byl mój prawdziwy dom.
Zastanawialem się glęboko,gdzie tam jest Bóg i jakim to sposobem nas obserwuje tak
skutecznie,że nic się przed nim nie ukryje.
Czymże jestem wobec takiego ogromu przedemną, czymże jest czlowiek skoro nawet los
gwiazd nie jest pewny, a skoro nasza ziemia także wisi w powietrzu, to kiedyś może spaść.
No tak,ale dokąd te gwiazdy spadają, Widzialem powoli sunące światelka samolotów,ale
widywalem przelatujące z bardzo dużą szybkością światla po cięciwie kopuly,gdy pytalem o nie doroslych zawsze slyszalem ,ze mi się wydawalo,oni niczego takiego nie widywali.
Leżalbym tak do rana,gdyby nie rosa lub wolanie matki.
 Z nostalgią w sercu szedlem spać.
Pytanie pozostawalo bez odpowiedzi,ani z dziury w suficie stodoly ,ąni z otchlani nocnego nieba
Bóg nie szepnąl ani slowa.

Dlaczego żyjemy?

Od kiedy pamiętam frapowalo mnie tytulowe pytanie. Jako dziecko balem się śmierci i nawet nie chcialem pójśc zobaczyć nieboszczyka w trumnie, gdy komuś na wiosce się zmarlo. Pytalem dlaczego ludzie umierają? Odpowiadano mi ,że tak już jest na calym świecie i nikt od smierci nie ucieknie,ani się nie wykupi. Nieważne czy jest dobry czy zly, każdy musi umrzeć.W moim dziecięcym pojęciu dobra i zla, wydawalo mi się to bardzo niesprawiedliwe,gdyż uważalem,że dobrzy ludzie powinni żyć dlugo. Niejakim pocieszeniem w dziecięcym lęku byl fakt, iż wszyscy jakoś się na to godzą i za bardzo nie przejmują się śmiercią, a na codzień jakby o niej nie pamiętają,aż po kogoś przyjdzie. O to także pytalem doroslych,
odpowiedż byla prosta: bo nikt niewie kiedy i po kogo przyjdzie,więc wszyscy mają nadzieję,że nie po nich tylko po innych. Acha- od tej pory bylem ,nie wiedzieć czemu pewien,że w najbliższym czasie przyjdzie po mnie.
Naprawdę się balem,gdy wchodzilem na pierwszy cienki lód,balem się gdy wlazilem na szczyt stodoly,żeby
skoczyć z poniemieckim solidnym parasolem w ręku na pryzmę obornika.Oczywiście parasol nie zastąpil w
najmniejszym stopniu spadochronu,więc po krótkim locie wbilem się w parujący obornik tak nieszczęsliwie,
że przed oczami mialem wizję pozostania w nim, aż będzie wywożony jako nawóz na pola.W tym momeńcie
strach mial rolę bodżca na tyle potężnego,że z arcytrudnej pozycji będąc zlamanym w "scyzoryk"tak,że mając kolana przy twarzy, za plecami ścianę, a  z góry sypiące się na twarz uboczne produkty bydlęcej egzystencji, po kilku minutach heroicznych wysilków zdolalem się wyrwać z już obejmujących mnie śmiertelnych uścisków zakapturzonej na czarno Damulki.
Ulga jednak nie byla doskonala,gdyż czekalo mnie jeszcze wieczorne dochodzenie w domu, dlaczego "zapachy" ze stajni tak intensywnie przenikają do części mieszkalnej. Wyniki śledztwa mogly być nie mniej niebezpieczne niż sam skok,ale pobudzony adrealiną umysl podpowiedzial rozwiązanie:by wykorzystać
rodzicielskie uwielbienie dla mlodszego o cztery lata braciszka,którego sprowokowalem by mnie przewrócil w na ściólkę w oborze.Brat do dzisiaj wspomina, jak to mnie w krowie gówna przewrócil.
Przez wiele lat  z tego faktu brat, rodzice i Ja mieliśmy radochę.
Sprawa skoku wyszla na jaw dużo póżniej,dopiero przy wykryciu odksztalcenia parasola w odwrotną stronę,zmysl powonienia rodzica naprowadzal na wlaściwy trop,a sprawca mógl być tylko jeden
Dodam przed powrotem do meritum,iż niedawno mój Ojciec już po 80-tce opowiedzial mi tę historię, jako swoje przeżycie w dzieciństwie na Bialorusi, pomijając fakt posiadania wtedy parasola,bo stodólkę mieli, sam widzialem.
Mimo wpadania pod lód,spadania z dachów, twardych lądowań z drzew ciężkich robót i solidnych lań,jakoś żylem, nie wiem czemu wciąz nie zauważony przez krążącą po okolicy Kostuchę.
W którymś momeńcie -może po dokladnym masażu kablem od lampy tylnych polaci mojego ciala przez troskliwą matkę, czując rozchodzące się po plecach, pośladkach i udach cieplo, wykrzyczalem: DLACZEGO ŻYJĘ, DLACZEGO !