niedziela, 30 października 2011

Pocisk

        Już po jakimś czasie,gdy  zatarly mi się w pamięci spotkania ze Śmiercią dowiedzialem się od kuzyna,
        gdzie leżą niewypaly, byly to pociski artyleryjskie. Oczywiście ponioslo mnie tam pod pretekstem
        odwiedzenia Cioci i z Kuzynem, którego nazywalem wtedy Bratem pojechaliśmy do tzw."owczarni"
        gdzie wygrzebalismy z okopu kilka nieuzbrojonych pocisków.
       Nadawaly sie do wysadzenia w ognisku, ale znalazlem się jeszcze jeden, inny krótszy  bez miejsca na 
       zapalnik,ale z wystającym w miejscu splonki cylindrem. Ten bez problemu mieścil się w moim tornistrze
       i podejrzewalem ,że jest "przeciwpancerny" lub przednią częścią takowego.
       Bez przeszkód przewiozlem znalezisko do domu i rozpocząlem żmudny proces suszenia mojego skarbu.
       Pocisk zawladnąl moja wyobrażnią, w myślach snulem różne sposoby,obmyslalem plany odpalenia
       śmiercionosnego  żelaztwa.
       Zbliżalo sie lato, dni byly coraz bardziej sloneczne, więc kiedy tylko moglem wystawialem mój skarb na
       światlo sloneczne.
       Suszarnię zlokalizowalem na dachu stodoly, pilnowalem by deszcz nie posul moich starań, co dziś
       wywoluje u mnie uśmiech politowania,ale wtedy to byl priorytet. Na widok kazdej chmury wlazilem
       na stodolę i zdejmowalem  pordzewialy pocisk, by nawet za kilka  minut powtórzyć cala operację
       wspak. Nie uszlo to uwagi Ojca,ale usprawiedliwialem te wędrówki przybijaniem plyt piśniowych, które
       stanowily pokrycie dachu. Prztwierdzone byly papiakami, co większy wiatr podrywal je i trzeba bylo
       bez końca mocować te cholerne plyty na nowo.
       Któregoś razu Ojciec nabral podejrzeń co do mojej prawdomówności - taka pilność u wyklócającej
       się dotąd o prawie o każdą robotę latorosli nie byla na miejscu. Wlazil za mną - calość mojej skóry
       jak i przygotowywanej kanonady artyleryjskiej zawisla od mojej sprawności fizycznej i umyslowej.
       Z duszą na ramieniu pozwolilem by pocisk spadl z dachu, patrzylem, jak się stacza i prosilem Boga,by
       nie wybuchl. Nie wiem czyją bylo zaslugą,że po za gluchym odglosem uderzenia o ziemię nie rozlegl się
       inny, który prawdopodobnie unicestwilby by nasze doczesne powloki cielesne.
       Stary spytal co to bylo,ale Ja udalem ,że to kamień przyciskający poluzowaną plytę zlecial, i idę po
       gwożdzie i mlotek.
       Jego mina nie świadczyla, że mi wierzy, więc poszedl w za stodolę gdzie ten kamień mial spaść. Walaly 
       się tam, jakieś kawalki gruzu w trawie,ale byl tam też śmierćionośny mój skarb, znów zwrócilem się z 
       gorącą prośbą do Stwórcy blagając by zeslal chociaż chwilową ślepotę na wscibskiego rodzica. 
       Moja prośba zostala wysluchana, chociaż zamiast slepoty pojawila sie nie wiadomo skąd dorodna
       sąsiadka z, z którą Ojczulek wdal sie w rozmowę. Sąsiadka zaczęla narzekać ,że męża w domu nie
       ma, gdzieś tam pojechal z dzieciakami, a w piecu coś zaczęlo się dymić. Ojciec powiedzial,że to na 
       pewno komin jest zatkany. Na to Ona ,że może by pomógl, bo Ona nie, wie jak i gdzie to się robi.
       Ojciec się znal,bo mówil, że można czyścic od dolu i od góry,na to Ona odp. ,że przydaloby się
       z obu stron, bo ten Jej stary to czyści zawsze od dolu i chyba dlatego często się ten komin zatyka.
       Widzialem te kominy,zaglądalem do niejednego i nigdy nie moglem pojąć,jak może taki przekrój 
       zostać zatkany sadzą, ale często slyszalo się na wsi,że ktoś tam komuś po sąsiedzku tej uslugi nie 
       żalowal.
       Ku mojej uldze ,jak i zdziwieniu Stary nie ruszyl za sąsiadką ale też nie przeszukiwal terenu pod
       stodolą, lecz wszedl do środka i uruchomil sieczkarnię, po kilku minutach zaprzestal  przetwarzania
       slomy na sieczkę,wyszedl i ruszyl w stronę sąsiedzkich zabudowań,kilka razy oglądnal się, jakby
       sprawdzal czy nasz dom jeszcze stoi i wszedl dośrodka. Dziwne ale sąsiadka wlaśnie podlożyla do
       pieca i dym równo walil w górę.
       Pomyślalem sobie ,że Ojciec będzie czyścil Jej komin na gorąco.
       Szybko odnalazlem swój latający niewypal i slusznie mniemając ,iż pod latarnią jest najciemniej
       ponownie umiejscowilem go na dachu stodoly.
       Bylem cholernie ciekaw tego czyszczenia komina od dolu,bo od góry to sam widzialem,jak to robili
       kominiarze,ale od dolu to nie moglem przegapić, więc teraz pobieglem do sąsiadów zobaczyć Ojca w
       roli kominiarza,bylem dumny z niego, bo potrafil wlaściwie wszystko naprawić czy zrobić,tak ,że nie
       potrzeba bylo szukać fachowców, a tu teraz dowiaduję sie ,że i kominiarza może wyręczyć.
       Ba często to wlaśnie Jego proszono o przyslugę by coś tam naprawial, a potrafil i zalutować garnek,
       podbić buty,zrobić kociolek z blachy, wyremontowac poniemiecki motocykl, naprawić uprząż,
       mlockarnię czy snopowiazalkę albo kopaczkę do kartofli.Zawsze staralem się mu przy takich robotach
      towarzyszyć i pomagać- jak moglem teraz odpuścic taką okazję nauczenia się czegoś nowego?
      Sąsiedzi mieli dwóch synów w podobnym wieku ,więc ich dom nie mial dla mnie tajemnic, poszedlem do
      piwnicy, gdzie byly zaślepki do komina,ale nikogo tam nie bylo, wiec udalem się na strych uznając,że 
      Ojciec swą pomoc sąsiedzką rozpocząl od "góry",ale przechodząc na piętrze kolo pokoju, gdzie
      gospodarze mieli pokój od spania, uslyszalem chalas taki sam, jaki wydawaly oparte o ścianę
      wezglowiem duże poniemieckie loża,gdy po nich skakaliśmy.  
     Zacząl od środka pomyslalem,ale jakoś nie moglem sobie przypomnieć, żeby byly tam jakieś 
     zaślepki szybu kominowe go.Nie wszedlem, wpadlem za to na pomysl ,jak oddalić w 
     przyszlości  niechybne zagrożenia dla dolnych części pleców i poniższych parti mojego ciala.
     Wychodząc glośno zamknąlem drzwi i pobieglem do domu.
     Za chwilę dym u sasiadów z komina zgęstnial , a na ścieżce pojawil się Ojciec teraz ogladal się za siebie,
     przyslanial reką oczy i patrzyl na ten dym, minę mial taką ,jakby cudu dokonal.
     Po różnych perypetiach z dosuszaniem pocisku uznalem ,iż czas przystąpic do uruchomienia mojego
    znaleziska i przyczynić się do ubarwienia dość monotonnych wieczorów mieszkańcom mojej wsi.
    Nieopodal  naszych zabudowań , gdzieś w odleglości 400m. bylo dawne żwirowe wyrobisko-skarpa
    porośnieta krzakami z kilkoma starymi czereśniami na koronie.
    Wymyslilem ,że na ustawiony pionowo pocisk spadnie 10kg mlot i spowoduje wielkie BUUUM!.
     Nasączylem naftą odpowiednie sznury i metodą prób ustalalem odpowiednie miejsce przymocowania 
    sznura z mlotem do galęzi czeremchy nad pociskiem.
   
   
    
       
     


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz