czwartek, 7 kwietnia 2011

Nocna Misja- powrót

Ha, ten ranek zaslużyl coswięcej niż wisielczy humor.
Obudzilem się sam nikt,jak zwykle nie zrobil mi dzisiaj pobudki o zwyklej porze.
Acha czekają, aż będzie już pora odkryć, że raz na zawsze pozbawilem ich swojej synowskiej milości.
Leżalem sobie pod cieplutką pierzyną i wyliczalem ile mi jeszcze tego leniuchowania pozstalo,wynik byl dość krzystny,ale nie wytrzymywal starcia plynną zawartością mojego pęcherza,która z silnym ciśnieniem  próbowala wylać się w cieple pielesze. Blogie lenistwo bezpowrotnie uleglo unicestwieniu, przynajmniej tego ranka.
-Kemor,Keemoooor- wstawaj, rozlegl sie glos matki.
-Ja go obudzę, krzyknąl nie wiadomo dlaczego ojciec- co on tak dlugo śpi?
W glosach wyczuwalem nuty śmiechu i falszu, grali,żeby być w porządku i  zaslużyć na wspólczucie,jaki to szok przeżyli.
No nie moglem sobie odmówić uczestniczenia w tej komedii, pęcherz musi poczekać.
Slyszalem kroki ojca,gdy wchodzil na pietro,a potem otworzyl drzwi i od progu zacząl się drzeć:Akri,
Akri nasz syn nie żyje, Kemor nie żyje, stal  w drzwiach i pokrzykiwal.
Otworzylem oczy udając ,że wlaśnie mnie obudzil,
Ojciec ruszyl w moją stronę wciąz powtarzając-On nie żyje! On nie żyje.
-Ej tato Ja żyję.
- ty wczoraj umarleś synku.
 Chcialem wyskoczyć z lózka, ale on przycisnal mnie lewą reką z powrotem do wezglowia i prawą
 wielka lapą zatkal mój nos i usta.
 Ważyl z 90kg, same mięśnie, malo kto mialby szanse się wyrwać, spojrzalem na drugą strone pokoju,tam w mniejszym lózku ze szczeblami stal mój braciszek i patrzyl na mnie swoimi niebieskimi jak habry oczami, udalo mi się w tym momeńcie wydusić z siebie powietrze, patrzylem w oczy brata i zastanawialem się czy ten dzieciaczek rozumie co sie dzieje,slalem mu rozpaczliwie mysl,żeby wolal matkę, byl jej oczkiem w glowie,więc przybiegnie jak kwoka na ratunek pisklęciu. Maly coś zaczynal rozumieć i uśmiechnąl się, nie tylko ja miewalem stany paranormalne.
Mając pelne pluca powietrza i nie mogąc się go pozbyć czlowiek się nim dusi, natomiast jego brak w plucach powoduje silny  ból.
Zamknalem oczy, lewą ręke trzymalem wyprostowaną prostopadle do tulowia,ale pomiędzy nogami
czule zatykajacego mi drogi oddechowe ojca. Obniżylem ramię najniżej jak się dalo i dwoma szybkimi
 ruchami w górę rabnalem zaciśniętą dlonią go w slabiznę i natychmiast z calej sily zacisnalem dloń na
uczulonych jadrach, chwyt byl celny szybki ,jak i uderzenia.Pozwolilo mi to na wyrwanie się z pod
przyciskajacego mnie do wyra lapska, moglem teraz sie blyskawicznie oprzeć o ścianę i obiema podciągniętymi do klatki piersiowej nogami z calej sily walnąć nogami w ramiona pochylonego z bólu
niedoszlego żalobnika.
Polecial, przewalil się do tylu na podlogę uderzając dość slabo ku mojemu żalowilepetyną o lóżeczko brata.
Wściekly, jak wiecznie szczekające psy sąsiada,  wyskoczylem z lóżka i bosymi stopami staralem się dokopać gramolącemu się z podlogi tatusiowi.Jakże żalowalemże nie jestem obuty.
Teraz zjawila się mamusia, no i w sama porę, bo ojczulek już wracal do siebie i bylo by za moment ze mną krucho.Jednak widzialem ,że się przestraszyl  tej mojej furii , obaj wiedzieliśmy,że karty od dzisiaj byly na stole.
Rezonu jednak nie stracil i poskarżyl się, że chcial mnie obudzić ,a ja jak "korszun" rzucilem się na niego. To diabel! Lepiej go zabić, bo on nas wykończy, patrzyl wyczekująco na matkę,ale ona powiedziala, no jazda ubieraj sie i do szkoly, już jest pózno,a ze szkoly przyjdż prosto na pole,do buraków.
No nie byl to dobry moment teraz mi rozkazywać, rozgrzany zwycięską walka,stalem się hardy,więc
coś tam odburknalem,ale do buraków ani mi się śnilo. Stary nieżle wyszedl na poturbowanym kroczu, chyba  sie przyznal co chcial zrobić,bo matkę nie latwo mozna bylo wywieść w pole,więc umywal się od pracy z powodu bólu w pachwinie. Żeby nie byc goloslownym to malo się ruszal ,a jeżeli musial to  na szeroko rozstawionych nogach, domagal się przykladania kompresów,co rokowalo szybszym powrotem do bardziej czynnej obecności w pracach gospodarskich.O ile pamietam, to okladanie kompresami  na dość dlugo odrywalo matkę od zajęć.
Idąc do szkoly pomyślalem ,że ten dzień daje mi takie fory,że mogę bezkarnie pozwolić sobie nawet na wagary,zwlaszcza ,że w środku wsi stala powiększająca się grupka wokól jednego z mieszkańców, który już od przynajmniej dodziny opowiadal z przejęciem o zabójstwie dwóch facetów nieopodal
cegielni w sąsiedniej miejscowości, gdzie codziennie z wioski wożono mleko z rannego udoju.
O to coś dla mnie, szkola musi poczekać, najwyżej póżniej tam pójdę,ale teraz szoruję na miejsce zbrodni.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz