niedziela, 30 października 2011

Pocisk cd.


        Wiedzialem ,że "askolki" jak mówil Ojciec na odlamki idą w górę i na bok. Mialem lekkiego "pietra" 
        ale nie myślalem o rezygnacji. Poczuć podmuch i uslyszeć prawdziwy wybuch, jak na froncie, przeżyć
        chociaż namiastkę tego o czym opowiadali wieczorami męszczyżni, gdy zebralo sie im na frontowe
        wspominki.
        Po raz kolejny podpalilem śmierdzacy mieszaniną nafty i benzyny "lont".
        Leżalem w plytkiej brużdzie zaoranego rżyska tak, żeby widzieć wybuch zza pokażnego pnia dzikiej
        czereśni.
        Nie pamiętam czy slyszalem wybuch, nie wiem czy widzialem blysk, nagle poczulem brak powietrza,
        uciekalo mi z pluc.
        Wstalem,  podszedlem na skraj skarpy, by spojrzeć co się wydarzylo,lecz co innego przykulo moją
        uwagę: na skraju tego lasku stala postać z kosą.
        Ruszylem w Jej stronę podszedlem, a Ona zsunela kaptur z glowy ukazując swą mi piekną twarz,
        Nie byly potrzebne slowa weszliśmy w lasek i polożyliśmy się na  zielonym dywanie z roślin, po chwili
        bylismy kochankami, przekazywala mi ,że mamy bardzo malo czasu,że zaraz ktoś nadejdzie z kim
        Ona musi iść i nadszedl ktoś kto Ją zabral. pamiętam,iz poczulem się zdradzony,gdy odchodzila, dziś
        wiem, że tak musialo być,żebym to Ja mógl wrócić.
        Od strony wioski walili ludzie, zbierali się na skarpie przyglając sie czemuś na ziemi, uslyszalem ,jak 
        mówią: no nareszcie się doczekal, a to się zalatwil Diablisko ,podmuch go zabil, no przyznam iż bardzo
        zaciekawilo mnie na kogo tam moi sąsiedzi pomstują.
        No nie bylem zbudowany ,na ziemi dokladnie tam gdzie się ukrylem przed wybuchemleżala moja
        kapsula (cialo).
        Gdyby tak nie pomstowali pewnie by sie mnie pozbyli,ale sluchając ich  "biadolenia" zasiadlem znowu
        za "sterami kapsuly" i ożylem wzbudzając niezlą konsternację wsród nich.
        Ktoś z sąsiadów znalazl mlot i jako dowód poniesli go do mojego ojca, żeby dochodzić praw z tytulu
        popękanych  szyb w oknach ich domów.
        Musialem wszystko powiedzieć co uczynilem nie bez dumy, ja przecież także cos potrafię.
        Wszyscy byli pewni,że skóry calo nie wyniosę z tej przygody i nadsluchiwali kiedy rozpocznę
        "koncert" pod odpowiednią "batutą", ale nie bylo nawet murmurando.
        Ja dowiedzialem się o jeszcze jednym zawodzie, z którym obeznany byl mój Tata, a skórę ocalilem
        dzięki temu,iż znalem Jego kominiarskie zapędy.       
       
         

Pocisk

        Już po jakimś czasie,gdy  zatarly mi się w pamięci spotkania ze Śmiercią dowiedzialem się od kuzyna,
        gdzie leżą niewypaly, byly to pociski artyleryjskie. Oczywiście ponioslo mnie tam pod pretekstem
        odwiedzenia Cioci i z Kuzynem, którego nazywalem wtedy Bratem pojechaliśmy do tzw."owczarni"
        gdzie wygrzebalismy z okopu kilka nieuzbrojonych pocisków.
       Nadawaly sie do wysadzenia w ognisku, ale znalazlem się jeszcze jeden, inny krótszy  bez miejsca na 
       zapalnik,ale z wystającym w miejscu splonki cylindrem. Ten bez problemu mieścil się w moim tornistrze
       i podejrzewalem ,że jest "przeciwpancerny" lub przednią częścią takowego.
       Bez przeszkód przewiozlem znalezisko do domu i rozpocząlem żmudny proces suszenia mojego skarbu.
       Pocisk zawladnąl moja wyobrażnią, w myślach snulem różne sposoby,obmyslalem plany odpalenia
       śmiercionosnego  żelaztwa.
       Zbliżalo sie lato, dni byly coraz bardziej sloneczne, więc kiedy tylko moglem wystawialem mój skarb na
       światlo sloneczne.
       Suszarnię zlokalizowalem na dachu stodoly, pilnowalem by deszcz nie posul moich starań, co dziś
       wywoluje u mnie uśmiech politowania,ale wtedy to byl priorytet. Na widok kazdej chmury wlazilem
       na stodolę i zdejmowalem  pordzewialy pocisk, by nawet za kilka  minut powtórzyć cala operację
       wspak. Nie uszlo to uwagi Ojca,ale usprawiedliwialem te wędrówki przybijaniem plyt piśniowych, które
       stanowily pokrycie dachu. Prztwierdzone byly papiakami, co większy wiatr podrywal je i trzeba bylo
       bez końca mocować te cholerne plyty na nowo.
       Któregoś razu Ojciec nabral podejrzeń co do mojej prawdomówności - taka pilność u wyklócającej
       się dotąd o prawie o każdą robotę latorosli nie byla na miejscu. Wlazil za mną - calość mojej skóry
       jak i przygotowywanej kanonady artyleryjskiej zawisla od mojej sprawności fizycznej i umyslowej.
       Z duszą na ramieniu pozwolilem by pocisk spadl z dachu, patrzylem, jak się stacza i prosilem Boga,by
       nie wybuchl. Nie wiem czyją bylo zaslugą,że po za gluchym odglosem uderzenia o ziemię nie rozlegl się
       inny, który prawdopodobnie unicestwilby by nasze doczesne powloki cielesne.
       Stary spytal co to bylo,ale Ja udalem ,że to kamień przyciskający poluzowaną plytę zlecial, i idę po
       gwożdzie i mlotek.
       Jego mina nie świadczyla, że mi wierzy, więc poszedl w za stodolę gdzie ten kamień mial spaść. Walaly 
       się tam, jakieś kawalki gruzu w trawie,ale byl tam też śmierćionośny mój skarb, znów zwrócilem się z 
       gorącą prośbą do Stwórcy blagając by zeslal chociaż chwilową ślepotę na wscibskiego rodzica. 
       Moja prośba zostala wysluchana, chociaż zamiast slepoty pojawila sie nie wiadomo skąd dorodna
       sąsiadka z, z którą Ojczulek wdal sie w rozmowę. Sąsiadka zaczęla narzekać ,że męża w domu nie
       ma, gdzieś tam pojechal z dzieciakami, a w piecu coś zaczęlo się dymić. Ojciec powiedzial,że to na 
       pewno komin jest zatkany. Na to Ona ,że może by pomógl, bo Ona nie, wie jak i gdzie to się robi.
       Ojciec się znal,bo mówil, że można czyścic od dolu i od góry,na to Ona odp. ,że przydaloby się
       z obu stron, bo ten Jej stary to czyści zawsze od dolu i chyba dlatego często się ten komin zatyka.
       Widzialem te kominy,zaglądalem do niejednego i nigdy nie moglem pojąć,jak może taki przekrój 
       zostać zatkany sadzą, ale często slyszalo się na wsi,że ktoś tam komuś po sąsiedzku tej uslugi nie 
       żalowal.
       Ku mojej uldze ,jak i zdziwieniu Stary nie ruszyl za sąsiadką ale też nie przeszukiwal terenu pod
       stodolą, lecz wszedl do środka i uruchomil sieczkarnię, po kilku minutach zaprzestal  przetwarzania
       slomy na sieczkę,wyszedl i ruszyl w stronę sąsiedzkich zabudowań,kilka razy oglądnal się, jakby
       sprawdzal czy nasz dom jeszcze stoi i wszedl dośrodka. Dziwne ale sąsiadka wlaśnie podlożyla do
       pieca i dym równo walil w górę.
       Pomyślalem sobie ,że Ojciec będzie czyścil Jej komin na gorąco.
       Szybko odnalazlem swój latający niewypal i slusznie mniemając ,iż pod latarnią jest najciemniej
       ponownie umiejscowilem go na dachu stodoly.
       Bylem cholernie ciekaw tego czyszczenia komina od dolu,bo od góry to sam widzialem,jak to robili
       kominiarze,ale od dolu to nie moglem przegapić, więc teraz pobieglem do sąsiadów zobaczyć Ojca w
       roli kominiarza,bylem dumny z niego, bo potrafil wlaściwie wszystko naprawić czy zrobić,tak ,że nie
       potrzeba bylo szukać fachowców, a tu teraz dowiaduję sie ,że i kominiarza może wyręczyć.
       Ba często to wlaśnie Jego proszono o przyslugę by coś tam naprawial, a potrafil i zalutować garnek,
       podbić buty,zrobić kociolek z blachy, wyremontowac poniemiecki motocykl, naprawić uprząż,
       mlockarnię czy snopowiazalkę albo kopaczkę do kartofli.Zawsze staralem się mu przy takich robotach
      towarzyszyć i pomagać- jak moglem teraz odpuścic taką okazję nauczenia się czegoś nowego?
      Sąsiedzi mieli dwóch synów w podobnym wieku ,więc ich dom nie mial dla mnie tajemnic, poszedlem do
      piwnicy, gdzie byly zaślepki do komina,ale nikogo tam nie bylo, wiec udalem się na strych uznając,że 
      Ojciec swą pomoc sąsiedzką rozpocząl od "góry",ale przechodząc na piętrze kolo pokoju, gdzie
      gospodarze mieli pokój od spania, uslyszalem chalas taki sam, jaki wydawaly oparte o ścianę
      wezglowiem duże poniemieckie loża,gdy po nich skakaliśmy.  
     Zacząl od środka pomyslalem,ale jakoś nie moglem sobie przypomnieć, żeby byly tam jakieś 
     zaślepki szybu kominowe go.Nie wszedlem, wpadlem za to na pomysl ,jak oddalić w 
     przyszlości  niechybne zagrożenia dla dolnych części pleców i poniższych parti mojego ciala.
     Wychodząc glośno zamknąlem drzwi i pobieglem do domu.
     Za chwilę dym u sasiadów z komina zgęstnial , a na ścieżce pojawil się Ojciec teraz ogladal się za siebie,
     przyslanial reką oczy i patrzyl na ten dym, minę mial taką ,jakby cudu dokonal.
     Po różnych perypetiach z dosuszaniem pocisku uznalem ,iż czas przystąpic do uruchomienia mojego
    znaleziska i przyczynić się do ubarwienia dość monotonnych wieczorów mieszkańcom mojej wsi.
    Nieopodal  naszych zabudowań , gdzieś w odleglości 400m. bylo dawne żwirowe wyrobisko-skarpa
    porośnieta krzakami z kilkoma starymi czereśniami na koronie.
    Wymyslilem ,że na ustawiony pionowo pocisk spadnie 10kg mlot i spowoduje wielkie BUUUM!.
     Nasączylem naftą odpowiednie sznury i metodą prób ustalalem odpowiednie miejsce przymocowania 
    sznura z mlotem do galęzi czeremchy nad pociskiem.
   
   
    
       
     


czwartek, 27 października 2011

Niesmiertelny c.d.

       Zdumienie,jak zawsze, bezmierne zdumienie i pytanie bez adresata-dlaczego? Dlaczego chcą mnie
       zaciukać? I to w imieniu prawa?  Ha dobrze pomyslane wszyscy potwierdzą ,że wyplynalem i zaczalem
       ,ale "akcja ratunkowa" sie nie powiodla.
      Nagle jakaś część tej akcji stala się zrozumiala- te samochody i otwarta furtka na vipowską plażę, ten
      Gość przed wejściem do wody nie żartowal, ale na spieprzanie bylo już za póżno.
      Sam wlazlem, a raczej wplynąlem w zastawioną sprytnie pulapkę.
      Branżowa motrówka sterowana przez umundurowanego funkcjonariusza szla już calą mocą 
      podniesionym dziobem prując taflę jeziora.
      Sternik liczyl,że sparalizowany strachem  pozostanę w tym samym miejscu,albowiem uniesienie dziobu
      zwiekszylo martwe pole ograniczające widocznosć z przodu lodzi, w którym się wlaśnie znalazlem.
      Mimo zdumienia i totalnego zaskoczenia tym absurdalnym atakiem nie stracilem instynktu 
      zachowawczego, umysl robil swoje.
      Ucieczka w trzciny!- nie, to nie kukurydza wbije się w nie za tobą jezeli uda się ci tam doplynąć,
      nie możesz sie mu pokazać,gdyż skoryguje kurs i nic nie uratuje tej glupiej lepetyny przed spotkaniem z
      metalową burtą.
     - Masz jedyną szansę, podpowiadal, musisz wykorzystać co masz.
     Wiedzialem już co mam i nie zamierzalem się poddawać temu durniowi za sterem.
     Szum spienionej prującym dziobem wody już zlewal się w jeden dżwięk z pracującym na wysokich  
     obrotach silnikiem.
     Ustawilem się w wodzie tak,żeby prawa burta lodzi  mogla minąć mnie o wlos i gdy już byla w bardzo
     niebezpiecznej odleglości, blyskawicznie zanurzylem się z podkulonymi nogami, by na wyczucie odbić się 
     nimi w stronę od zaokrąglonej burty dziobu pędzącej z morderczym zamiarem unicestwienia mnie    
     motorówki.                                                                                    
     Sternik prawdopodobnie mial pilota na lądzie, który korygowal kurs wzgledem mojej pozycji, gdyż
     przy odbiciu nogami od burty spodziewalem się obrócenia mnie w stronę kilwateru, ale tak sie nie stalo
     odbicie bylo bardzo udane, w uszach slyszalem szum wody widzialem ,że plynę  pod wodą bardzo 
     szybko, ale czy  w stronę pomostu w zatoczce?
     Dno się podnosilo i widocznośc się zwiększyla, powoli wypuszczalem powietrze z pluc, mimo,że jeszcze
     się nie dusilem powoli wynurzylem się by zobaczyć gdzie się znalazlem.
     Mój podwodny kros mial wlaściwy kierunek,okolo trzech metrów przedemną  znajdowl się pomost,
     pod który wplynąlem.
     Nikt ze stojących na plaży i w wodzie nie zwrócil na mnie uwagi, wpatrywali się w miejsce gdzie ostatni
     raz widzieli moją glowę znikającą pod wodę.
     Niewidoczny dla "towarzystwa" z plaży i osloniety solidnym palem od strony tafli jeż. obserwowalem
     traz także jako widz manewry motorówki , którą sternik już zatrzymal i wpatrywal się w powierzchnię
     wody, byl już w miejscu gdzie zanurkowalem.
     Z brzegu dpytywali się czy są plamy krwi, a sternik odpowiedzial: że nie ma ,ale leb to na pewno ma
     rozwalony, bo slyszalem ,jak gruchnęlo.
     Wyszedlem z pod pomostu i skierowalem się do furtki wtedy, mlody czlowiek spytal :czy topan tam
     plywal? Gdy potwierdzilem, powiedzial: ale pluca!
     Przy furtce siędziala znana miz widzenia brunetka w wieku balzakowskim, patrząc mi z uśmiechem w 
     oczy glośno powiedziala: to Nieśmiertelny....

środa, 26 października 2011

Nieśmiertelny

Moja komitywa z tak potężną wszechobecną chociaż niewidoczną dla zwyklego śmiertelnika, mistyczną
istotą trwalaby prawdopodobnie do dnia dzisiejszego, gdybym po szczeniacku nie zlamal danego na początku tej znajomości slowa.
Podczas spotkań w glosie "Kosiarki" slyszalem bardzo czule tony, gdy mówila do mnie jak do dzieciaka,albo
uznanie, gdy rozmawialiśmy,jak dorośli.
Ośmielony i liczący na poblazliwość zmylilem idącą z pochyloną glową Śmierć.Udalem,że chcę przed Nią przejśc na drugą stronę drogi,a zajrzalem pod ciemny kaptur.
Ujrzalem przez ulamek sekundy piękną, cudowną twarz, w której natychmiast pojawily się upiorne oczodoly
golej czaszki z wlosami.
-Zlamaleś przysięgę,uslyszalem zawiedziony glos-musisz odejść,to koniec. Smierć odepchnęla mnie od siebie,odgradzając się kosą na calą jej dlugość.
Na próżno blagalem ,przyrzekalem,plakalem, obiecywalem. Musialem się odwrócić i odejść.
Gdy po kilkudziesięciu metrach odwrócilem sie, nie zobaczylem nikogo.
Śmierć dotrzymala slowa, zwielu bardzo śmiertelnych opresji wychodzilem bez szwanku,nawet uslyszalem
kiedyś, po nieudanej próbie uśmiercenia mnie motorówką,wypowiedziane z sympatią zdanie przez obserwujacą tą "akcję" kobietę: to nieśmiertelny ! On wam jeszcze doj...ie"
Dzialo się to pewnego upalnego lata, wywiozlem nad jezioro w wielkopolsce moją rodzinkę, a sam tam dojeżdzalem na wekendy,bowiem prowadzilem malą firmę w branży samochodowej i wykorzystywalem ten letni brak konkurentów na rynku.
Teren byl tak usytuowany,że wąski przesmyk lądu z zabudowaniami wczasowiska oddzielal dwa jeziora.
Jedno z zatoczką i pomostem bylo okupowane przez pracowników z tzw."branży",którzy niechętnie widzieli tam kogokolwiek innego.Byl tam nawet jakiś plot z furtką.
Tak się zlożylo, iż jezioro podrugiej stronie "zakwitlo",więc narzekalem trochę,że nie mogę poplywać w czystej woadzie.Wtedy kolega powiedzial,że te drugie jez. jest czyste. Oczywiście poszedlem sprawdzić i owszem za plotem woda czyściutka,tylko furtka zamknięta,ale wsród czcin byly przerwy,więc z dostępem
do wody nie bylo problemu.Kolejnego dnia sytuacja odwrotna-furtka otwarta,a przepusty miedzy trzcinami
zastalem pozastawiane samochodami,więc i Ja postępuję odwrotnie, mrucząc pod nosem niecenzuralne
opinie o posiadaczach blaszanych kast na kolach wchodzę na niechętny teren. Z tą chwilą zaczynam się dziwnie czuć, wszyscy "branżowcy"gapią sie na mnie, ale nikt nic nie mówi.
Lubię plywać i nie mam żadnych obaw przed wodą,ale tutaj czulem nieracjonalny niepokój, jakąś obawę
przed wejściem do wody. E-tam skwitowalem strachy w duchu, jeszcze stalem po kostki w wodzie, gdy
podszedl jakiś gość i zapytal glośno czy chcę polywać, a odwracając glowę powiedzial cicho bym lepiej spieprzal.
Dlaczego mam kurwagon spieprzać, co to za banda palantów-pomyslalem i wszedlem do cieplej ,jak zupa
wody.
Jezioro bylo w tym miejscu jakby szeroką na 70-80m rzeką z przyczepioną zatoczką z ,której na nią wyplywalem. Nabrzegu towarzystwo wzajemnej adoracji, jak okreslilem "branżowców" wstalo z leżaków i
wygapialo się w moją stronę- no czlowieka w wodzie nie widzieli? -pomyślalem leniwie plynac "żabką"
Uslyszalem warkot motorówki, zza czcin może w odleglości 200 m wyplynęla duża motorówa patrolowa
w której widzialem umurowanego 'branżowca" za sterem. Bylem na środku pasa wody, więc skierowalem sie w stronę czcin by nie być na kursie zbliżajacej się lajby,ale sternik obral podobny kurs zwiekszając szybkość, zdziwiony skierowalem sie wstronę zatoczki skąd wyplynalem,ale motorówka również obrala kurs styczny z moim.
Jeszcze myślalem ,że to przypadek,że motorówka zawija do zatoczki ,tam byl pomost, ale jej kurs byl znów obrany na mnie. Zatrzymalem się mniej wiecej na środku wodnego pasa, czekalem na wyjasnienie sytuacji, no i za chwilę wszystko bylo jasne,niewiarygodne,ale jasne- motorówa miala mnie staranować.
Sternik obieral tylko kurs na moja glowę, spojrzalem na brzeg, tam wszyscy, jak w teatrze oglądali  spektakl, nie rozumialem dlaczego ,ale już wiedzialem, jaki ma być final tej sceny.
Znieruchomialem jakbym zrezygnowal, jeżeli naprawdę chce mnie rozwalić to musi zwiększyć szybkość,
myslalem, minęlo kilka sekund i dziób lodzi zacząl unosić się nad wodą, sternik dal calą naprzód. 
  

niedziela, 23 października 2011

Po Misji

Dziwne,ale  nie bardzo wiem, z jakiej przyczyny przerwalem pisanie moich paranormalnych wspomnień.
Ciekawe, ale tak mam,że gdy przydarzy mi się przerwa w w jakimś systematycznym z zalożenia dzialaniu, to
niestety zwykle na dlużej. Cóż widocznie tak ma być, a być może jest to temat do przepracowania podczas
aktualnego mojego wcielenia?
Dostalem maila zachęcającego, zbiega sie on akurat i z moją chęcią do kontynuacji pisania na blogu.
Przeczytalem co juz popelnilem wcześniej i spodobalo mi się,ale muszę przeprosic ewentualnych czytelników za brak korekty w dotychczasowych postach, zwykle pisalem pózno.
''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''
Tak- dzisiaj szkola mogla poczekać, przecież coś mi sie należy za uratowanie Wszechswiata, przed czymś
o czym sam mialem już mgliste pojecie, zwlaszcza, że nie wypadalo nawet we wlasnym mniemaniu narażac
się na spostnowanie cichego bohatersta z tak prozaicznego powodu,jak nie odrobione lekcjee.
Cóż męska decyzja zostala podjeta na rozstaju dróg,gdzie dyskutowali wspomniani mieszkańcy z mojej
wioski.
 Ruszylem dziarsko w obranym kierunku, z pewną obawą ,ze ktoś z nich spyta dlaczego nie idę drogą prowadzącą w stronę miejscowości w której znajduje się szkola, ale na wszelki wypadek postanowilem
się nie odwracać,gdyby mnie zawolano.
Maszerowalem z uczuciem ulgi, że koszmar szkoly przynajmniej w polowie, w dniu dzisiejszym mam jakby
z glowy.
Dziwne, ale spotkalem idąca na przeciw kobietę,która z rozdziawioną miną gapila się na mnie, gdy sie zbliżalem, niby normalnie idąc, blyskawicznie minąlem jeszcze dwie osoby idące w tym samym kierunku ,
coś za mną wolali,ale gdy się ogladnalem byli za daleko, żebym mógl zrozumieć, o co im chodzi.
Czyżby po demną ziemia sie szybciej kręcila,bo po krótkiej chwili bylem na miejscu sensacyjnego wydażenia pokonując niezly szmat drogi.
Milicja już byla na miejscu,zacząlem się wymądrzać i na podstawie tego co zobaczylem powiedzialem,iż obaj denaci wzajemnie się smiertelnie pokiereszowali. Nikt nie kazal mi się zamknąc,jakiś męszczyzna uważnie przysluchwal się temu co mówię, zadal mi kilka pytań, powiedzialem ,że musze iść do szkoly,wtedy On powiedzial,żebym zostal ,wystawi mi usprawiedliwienie, tak naturalny sposób zostalem wciagnięty przez milicjanta w cywilu  do wyjaśniania nocnych wydarzeń.
Nie muszę chyba dodawać, jaką ulgę sprawily mi te slowa, odsuwaly w mglistą dal możliwośc jednostronnej
dyskusji wieczorową porą z wspomnianym już skórzanym pasem,obnoszącym dumnie swoją podwójną
sprzączkę.
Wprawdzie żadnego usprawiedliwienia mi nie napisal,ale nie bylem przez nikogo indagowany w temacie
nieobecnosci, natomiast opowiadalem o tym co widzialem wychowawcy,który prawdopodobnie także byl
na niezlym poziomie rozwoju.