środa, 26 stycznia 2011

Dlaczego żyjemy?

wtorek, 25 stycznia 2011

Dlaczego żyjemy?

Poprzedni post powinien być zatytulowany: Dlaczego umieramy.No ale skoro już tak poszlo,
to nie ma co zmieniać zwlaszcza ,iż sam jeszcze nie wiem o czym będzie więcej w tym poście.
To sakramentalne pytanie wykrzyczalem w stodole. Kilka razy powtarzalem: Dlaczego Ja żyję
tlumiąc lkanie,nie mialem na myśli dlaczego jeszcze mnie śmierć nie zabrala, ale pytalem o sens
mojego przyjścia na ten świat.
 Mówili mi ,że Bóg wie wszystko,więc wpatrywalem się w prostokątny otwór trzy metry nademną  do podawania snopków, spodziewając się ujrzeć tam twarz Boga.
Z czasem treść pytania objęla też innych. Siedzialo we mnie, jak drzazga za paznokciem
przez większość mojego życia: dlaczego ,po co, komu jest potrzebne nasze istnienie?
Tam na tej zdradzającej swoją obecnośc kilkoma czerwonymi dachami w pofaldowanym terenie
wiosce nikt nie mógl udzielić odpowiedzi kojącej mój lęk przed śmiercią, ani wyjaśniającej zagadkę
życia w ogóle.
W piękne letnie wieczory kladlem się na cieplej jeszcze trawie i wpatrywalem się w rozgwieżdzoną
kopulę nieba. Zawsze po jakimś czasie ogarniala mnie silna irracjonalna tęsknota,  jakby to
tam gdzieś na na którejś z ledwie widocznych plejad byl mój prawdziwy dom.
Zastanawialem się glęboko,gdzie tam jest Bóg i jakim to sposobem nas obserwuje tak
skutecznie,że nic się przed nim nie ukryje.
Czymże jestem wobec takiego ogromu przedemną, czymże jest czlowiek skoro nawet los
gwiazd nie jest pewny, a skoro nasza ziemia także wisi w powietrzu, to kiedyś może spaść.
No tak,ale dokąd te gwiazdy spadają, Widzialem powoli sunące światelka samolotów,ale
widywalem przelatujące z bardzo dużą szybkością światla po cięciwie kopuly,gdy pytalem o nie doroslych zawsze slyszalem ,ze mi się wydawalo,oni niczego takiego nie widywali.
Leżalbym tak do rana,gdyby nie rosa lub wolanie matki.
 Z nostalgią w sercu szedlem spać.
Pytanie pozostawalo bez odpowiedzi,ani z dziury w suficie stodoly ,ąni z otchlani nocnego nieba
Bóg nie szepnąl ani slowa.

Dlaczego żyjemy?

Od kiedy pamiętam frapowalo mnie tytulowe pytanie. Jako dziecko balem się śmierci i nawet nie chcialem pójśc zobaczyć nieboszczyka w trumnie, gdy komuś na wiosce się zmarlo. Pytalem dlaczego ludzie umierają? Odpowiadano mi ,że tak już jest na calym świecie i nikt od smierci nie ucieknie,ani się nie wykupi. Nieważne czy jest dobry czy zly, każdy musi umrzeć.W moim dziecięcym pojęciu dobra i zla, wydawalo mi się to bardzo niesprawiedliwe,gdyż uważalem,że dobrzy ludzie powinni żyć dlugo. Niejakim pocieszeniem w dziecięcym lęku byl fakt, iż wszyscy jakoś się na to godzą i za bardzo nie przejmują się śmiercią, a na codzień jakby o niej nie pamiętają,aż po kogoś przyjdzie. O to także pytalem doroslych,
odpowiedż byla prosta: bo nikt niewie kiedy i po kogo przyjdzie,więc wszyscy mają nadzieję,że nie po nich tylko po innych. Acha- od tej pory bylem ,nie wiedzieć czemu pewien,że w najbliższym czasie przyjdzie po mnie.
Naprawdę się balem,gdy wchodzilem na pierwszy cienki lód,balem się gdy wlazilem na szczyt stodoly,żeby
skoczyć z poniemieckim solidnym parasolem w ręku na pryzmę obornika.Oczywiście parasol nie zastąpil w
najmniejszym stopniu spadochronu,więc po krótkim locie wbilem się w parujący obornik tak nieszczęsliwie,
że przed oczami mialem wizję pozostania w nim, aż będzie wywożony jako nawóz na pola.W tym momeńcie
strach mial rolę bodżca na tyle potężnego,że z arcytrudnej pozycji będąc zlamanym w "scyzoryk"tak,że mając kolana przy twarzy, za plecami ścianę, a  z góry sypiące się na twarz uboczne produkty bydlęcej egzystencji, po kilku minutach heroicznych wysilków zdolalem się wyrwać z już obejmujących mnie śmiertelnych uścisków zakapturzonej na czarno Damulki.
Ulga jednak nie byla doskonala,gdyż czekalo mnie jeszcze wieczorne dochodzenie w domu, dlaczego "zapachy" ze stajni tak intensywnie przenikają do części mieszkalnej. Wyniki śledztwa mogly być nie mniej niebezpieczne niż sam skok,ale pobudzony adrealiną umysl podpowiedzial rozwiązanie:by wykorzystać
rodzicielskie uwielbienie dla mlodszego o cztery lata braciszka,którego sprowokowalem by mnie przewrócil w na ściólkę w oborze.Brat do dzisiaj wspomina, jak to mnie w krowie gówna przewrócil.
Przez wiele lat  z tego faktu brat, rodzice i Ja mieliśmy radochę.
Sprawa skoku wyszla na jaw dużo póżniej,dopiero przy wykryciu odksztalcenia parasola w odwrotną stronę,zmysl powonienia rodzica naprowadzal na wlaściwy trop,a sprawca mógl być tylko jeden
Dodam przed powrotem do meritum,iż niedawno mój Ojciec już po 80-tce opowiedzial mi tę historię, jako swoje przeżycie w dzieciństwie na Bialorusi, pomijając fakt posiadania wtedy parasola,bo stodólkę mieli, sam widzialem.
Mimo wpadania pod lód,spadania z dachów, twardych lądowań z drzew ciężkich robót i solidnych lań,jakoś żylem, nie wiem czemu wciąz nie zauważony przez krążącą po okolicy Kostuchę.
W którymś momeńcie -może po dokladnym masażu kablem od lampy tylnych polaci mojego ciala przez troskliwą matkę, czując rozchodzące się po plecach, pośladkach i udach cieplo, wykrzyczalem: DLACZEGO ŻYJĘ, DLACZEGO !